sobota, 14 listopada 2020

Motohistoria: Wyścigowa Zonda

Pagani to dość specyficzna marka. Ich auta wyglądają według niektórych pięknie, wedlug innych są absolutnie przesadzone stylistycznie i w złym guście. Tak czy inaczej, podobno są też szybkie. Podobno. Bo czy ktoś widział któreś z aut tej marki w wyścigach? Wątpliwe. Ale jednak nie, pierwszy model Pagani, czyli Zonda, miał swoją wersję wyścigową. Tylko mało kto o niej pamięta. Już tłumaczę dlaczego.

Początek lat dwutysięcznych to złota era dla wyscigów aut klasy GT. Po tym jak FIA ograniczyła regulaminami budowanie prototypów w rodzaju Mercedesa CLK-GTR czy Porsche 911 GT1, tory całego świata zostały zdominowane przez wyścigowe wersje Ferrari 550 Maranello, Saleena S7R, Lamborghini Murcielago, Listera Storm, Dodge'a Vipera, Chevroleta Corvette i Maserati MC12 (które pokazało FIA gdzie może sobie wetknąć swoje ograniczenia regulaminowe). Stawka była spora, do tego uzupełniona sporą liczba nieco wolniejszych aut kategorii NGT. Ściganie było na prawdę ucztą dla widzów. I do takiej serii miało dołączyć Pagani. Od razu w najwyższej klasie.

Złomda

Odpowiedzialnym za ten pomysł był holenderski kierowca wyścigowy, Toine Hezemans. Przekonał on Horacio Pagani'ego do zbudowania wyścigowej wersji Zondy. A ponieważ Zonda napędzana była V12 Mercedesa, Horacio i Toine zwrócili się do AMG, żeby pozyskać wyczynową wersję tego silnika, znaną ze słynnego CLK-GTR.

Przedstawiciele AMG byli bardzo zainteresowani pomysłem, więc Hezemans zatrudnił ludzi i zabrał się do pracy. By przekształcić Zondę w auto wyścigowe, zmieniono nieco jej wygląd: charakterystyczny układ wydechowy z czterema końcówkami ustąpił miejsca bardziej klasycznemu, ale mniej restrykcyjnemu rozwiazaniu z dwoma końcówkami. W orginalnych rurach wydechowych zamontowano za to światła LED (wymagane przez FIA by lepiej było widać auto podczas jazdy w deszczu i w nocy).

Złomda

Oprócz tego zmieniono mocowanie kół na takie z pojedynczą śrubą, dodano sekwencyjną skrzynię biegów oraz przebudowano tylną część karoserii, by można było zamontować silnik nieco bardziej z przodu, poprawiając rozkład masy. Wszystko było gotowe na przyjęcie pod maskę wyczynowego V12 Mercedesa. 

Ale zamiast silnika, zespół otrzymał telefon. To, że AMG wyraziło się pozytywnie o pomyśle wyścigowej Zondy, nie znaczy że ich właściciel, czyli Mercedes się zgadza. Otóż nie zgadza się i koniec. Nie będą im jakieś argentyńsko-włosko-holenderskie samochody używać silnika z legendarnego CLK-GTR. Nein i koniec!

Zasmucony tą wiadomością Hezemans mógł zrobić tylko jedno. Wsadzić do wyścigowej Zondy silnik z seryjnego Mercedesa. Zamiast 650 KM miał on tylko 400 KM. Czyli poniżej mocy przeciętnego auta klasy NGT. Zwrócono się wiec do niemieckiej firmy tuningowej Breuer, żeby nieco poprawili osiagi V12. Udało się uzyskać 580 KM. Nadal mniej niż zamierzano, ale przynajmniej nie było wstydu na tle reszty stawki. 

Skoro udało sie załatwić silnik, czas było poprawic aerodynamikę. Zonda ze swoim krótkim przodem i tyłem nie wypadala korzystnie pod względem jazdy z dużymi prędkościami. Najlepiej by było wydłużyć jedno i drugie. Tu na przeszkodzie stanął sam Horacio Pagani. Nic go nie obchodziło, że jak na auto wyścigowe, Zonda ma aerodynamikę cegły. Nie będzie żaden Duńczyk poprawiał jego dzieła. Nie i koniec!

Nie ma mocnego silnika, nie ma dobrej aerodynamiki, to może chociaż uda się zrobić lekkie auto? Seryjna Zonda ważyła wg Pagani 1225 kg. Toine Hezemans liczył, że dzięki modyfikacjom uda sie zejść z masą poniżej 1000 kg. Gdy jednak zważył gotowy samochód, okazało się, ze masa wynosi aż 1150 kg. Cos było nie tak. Po awanturze z Horacio Paganim, Argentyńczyk zgodził się na zważenie seryjnego egzemplarza. Wyszło, że zamiast 1225 kg, seryjna Zonda waży aż 1375 kg! A poniżej tych 1150 kg wersji wyscigowej nie dało się już zejść. Czyli z niskiej masy też nic nie wyszło.

Nie poddajac sie, Toine Hezemans zatrudnił do prowadzenia Zondy dwóch kierowców: swojego syna, Mike'a oraz Belga, Anthony'ego Kumpen. Pierwsze testy nowej konstrukcji miały sie odbyć na włoskim torze Misano. Początkowo wszystko szło dobrze, tempo było lepsze od oczekiwań. Niestety, po 20-stu okrążeniach Mike Hezemans musiał się zatrzymać - silnik stracił olej, a także wygięły sie wszystkie zawory.

Złomda

Po dłuższej analizie, inżynierowie znaleźli przyczynę problemu. Był nią hydrauliczny napinacz rozrządu. O ile działał on zupełnie dobrze w drogowym aucie, to przy szybkich zmianach biegów z użyciem sekwencyjnej skrzyni, okazał się on słabym punktem. Przez to rozrząd przeskoczył i nastąpła awaria. W silniku CLK-GTR rozrząd był zrealizowany przy pomocy kół zębatych, ale bohaterowie dzisiejszego wpisu nie mieli niestety możliwości finansowych i inżynieryjnych by skopiować to rozwiązanie. Udało się jednak zrobić układ z zamontowanym na sztywno łańcuchem rozrządu - spowodowało to utratę mocy, ale przynajmniej powinno działać. Na jakieś większe testy nie było czasu, wiec od razu zgłoszono auto do wyścigu 12h Sebring.

Konkurencja była, jak zwykle w tych zawodach, silna. Pierwsze rozczarowanie przyszło podczas kwalifikacji - Zonda znalazła się w nich na 25-tym miejscu. Ostatnia w klasie i z sześcioma sekundami straty do najszybszego auta - Chevroleta Corvette C5R. No ale w końcu to wyścig długodystansowy, tempo na pojedynczym kółku nie jest tak istotne, jak niezawodność. Niestety, po sześciu okrążeniach niemiecka technologia znów odmówiła współpracy i doszło do kolejnej awarii silnika.

Złomda

Następnym wydarzeniem w jakim miało wziąć udział wyścigowe Pagani był oficjalny test przed 24h Le Mans. Jest on organizowany by zespoły mogły przygotować się do jazdy w nocy po słynnym torze, a także by organizatorzy mogli sprawdzić, czy auta nie są zbyt wolne by móc wystartować w legendarnym wyścigu. 

Do zespołu dołaczył trzeci kierowca, Holender David Hart, który przy okazji przyniósł nieco pieniędzy sponsorskich ze swojego biznesu zajmującego się nieruchomościami. Podczas testów trójka kierowców Zondy jechała znów na końcu stawki klasy GT, notując 36-sty czas. Jednak wystarczyło to by móc wziąć udział w 24h Le Mans w roku 2003.

Złomda

Podczas właściwych treningów i kwalifikacji, rozleciało się kolejne V12 przygotowane przez firmę Breuer. Zanim jednak to zrobiło, pozwoliło na uzyskanie 31-go czasu. Co prawda był on siedem sekund wolniejszy od najszybszego w klasie GT Ferrari 550 GTS, ale za to Zonda nie była ostatnim autem w klasie! Gorszy rezultat uzyskał Dodge Viper, który miał awarię silnika. Problem był tylko taki, że Zonda nie miała więcej silników. Toine Hezemans zdecydował się więc na desperacki krok i zamontował kompletnie seryjne V12 Mercedesa. Szybki test na pobliskim lotnisku i znów niemiecka jakość i doskonałość dała o sobie znać - seryjny silnik uległ awarii. Udało się jednak jakoś naprawić auto i stanąć na starcie wyścigu. Po 10-ciu okrążeniach rozleciała się skrzynia biegów.

Złomda

Toine Hezemans miał w tym momencie kompletnie dość. Wycofał auto z wyścigów. Rok później przypomniał sobie o nim były kierowca F1, Phillip Alliott. Alliott był wtedy szefem zespołu Force One i poprosił Hezemansa o możliwość wynajęcia wyścigowej Zondy na 24h Le Mans 2004. Hezemans nie miał nic przeciwko. Jednak podczas oficjalnego testu przed wyscigiem, Zonda uzyskała dopiero 41-wszy czas. Uznano, ze nie ma sensu startować i zespół wycofał się z zawodów.

Złomda

Mimo wszystko, Hezemans postanowił dać autu jeszcze jedną szansę. Założono lepszą skrzynię produkcji X-Trac, zignorowano Horacio Paganiego wydłużajac tył i dodając długi przedni spojler pod zderzakiem. Tak przygotowane auto pojawiło się na testach na hiszpańskim torze Vallelunga. Tempo uległo poprawie, niestety Anthony Kumpen miał wypadek i Zonda zostala rozbita. 

Tym razem Toine Hezemans stwierdizł, ze już mu wystarczy walki ze Złomdą (gdyby był Polakiem, zapewne tak by w tym momencie nazwał to auto). Mimo, ze projekt kosztował sporo ponad milion euro, samochód został sprzedany do Czech za 200 000 Euro. Nabywcą został Antonin Herbeck.

Złomda

Złomda

W Czechach auto jeździło w krajowych mistrzostwach wyścigowych. Ponownie zignorowano gadanie Horacio Paganiego i samochód jeszcze bardziej przestał przypominać fabryczną Zondę. 

Złomda

I dobrze, dzięki temu w końcu zaczęło to być szybkie. Przynajmniej aż do poważnego wypadku na Autodromie Most w roku 2012. Film z wypadku jest na youtube:

Złomda

Na szczęście nikomu nic się nie stało, a samochód został odbudowany i później ścigal się jeszcze w niemieckich wyścigach aut GT.

Nie wiadomo natomiast co dzieje się z nim obecnie. Pagani to chyba jedyny włoski producent superaut, który nie wystawia ich w zadnych wyścigach. Osobiście, o ile bardzo podobał mi się wygląd pierwszej Zondy, to pozostałe modele, a przede wszystkim ich wnętrza uważam za przesadzone paskudztwa (szczególnie dotyczy to tego czegoś na H, czego nawet nie wiadomo jak wymówić ani napisać). A do tego jak widać, wszystko to tylko wygląda sportowo. Lepsze wyniki w sporcie od aut Pagani miał nawet Opel Astra F, o czym był kiedyś wpis. I ten zakup polecam bardziej niż dowolne Pagani - taniej i z lepszymi powiązaniami z motorsportem. 

Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

Zamiast sukcesów w wyścigach była Złomda, to zamiast grata jest bardzo ładna Łada. 

Łada


niedziela, 1 listopada 2020

Motohistoria: Nissan NRV-II Concept - najlepszy prototyp w historii

Dziś będzie wpis o aucie, którego projektanci zaskakująco dobrze przewidzieli jak będzie wyglądała nasza obecna, motoryzacyjna codzienność.

Z czym się nam kojarzą współczesne auta? Nuda, nijakość, dużo ekranów na desce rozdzielczej. I jeszcze nadwozie SUV/Crossover. Mówimy, że kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów i wspominamy motoryzację z lat 80-tych i 90-tych. Nie każdy jednak pamięta, że zawiera ona to:

front

Czyli prototyp Nissana z roku 1983, nazwany NRV-II. Z zewnątrz wygląda jak praktycznie każdy japoński sedan z lat 80-tych. Ale jest on moim zdaniem najlepszym prototypem jaki kiedykolwiek zrobiono. Dlaczego? Na to pytanie odpowiem na koniec, po przedstawieniu wszystkich ciekawostek jakie znalazły sie w tym aucie.

tył

Z zewnątrz, oprócz niesamowicie lataosiemdziesiątowatych (tak, wymyśliłem to słowo) kołpaków, warto zwrócić uwagę na reflektory - są aktywowane automatycznie poprzez czunik zmierzchu. Tak samo wycieraczki również uruchamiają się automatycznie, kiedy sensor wykryje że pada deszcz. Obie te technologie stają się powszechne właściwie dopiero w obecnych czasach. Nadal jednak nie mamy seryjnie montowanych szyb z towrzyw sztucznych - odpornych na zarysowania i lżejszych od szklanych odpowiedników. A takie właśnie miał Nissan NRV-III

Jednak to we wnętrzu znajdziemy zapowiedź motoryzacyjnej codzienności jaką znamy obecnie:

środek

Ekran zamiast tradycyjnych wskaźników, ekran na konsoli środkowej. Przy czym ten ostatni jest nawet dotykowy! Plus do tego dużo przycisków, bo to jednak nadal lata 80-te.

Za pomocą tego centralnego ekranu można było sterować radiem. Ale także obsługiwać nawigację GPS. Tak, w 1983-cim. Jej działanie było jednak znacząco inne od tego jakie znamy z teraźniejszości. Aby z niego skorzystać, należało najpierw zaprogramować sobie trasę, wybierając punkt startowy. Następnie za pomocą koment głosowych (!) należało poprowadzić kursor przez kolejne skrzyżowania, mówiąc czy dalsza trasa ma prowadzić w lewo, prawo czy prosto. Gdy już udało się ustalić trasę na wyswietlanej mapie, miała byc ona odtwarzana, wraz z komunikatami dźwiękowymi, podczas jazdy. 

navi

Pewnym problemem mogło być to, że nawigacja działała tylko na terenie Japonii. Zaś jeśli chodzi o to sterowanie głosowe, to założenie było takie, że przy zakupie auta z tym systemem, klient miał nauczyć je swojego głosu poprzez odczytywanie dwudziestu sześciu komend, które potem mógł wykorzystać podczas użytkowania.

Kolejne ciekawostki znane z obecnych czasów znajdziemy na ekranie ze wskaźnikami. Pierwszą jest możliwość ustawienia prędkości przy której przekroczeniu auto ma nas ostrzec wyświetlając odpowiedni symbol i odtwarzając komunikat głosowy.

Dużo bardziej interesujący było natomiast wyświetlanie odległości od poprzedzającego pojazdu dzięki radarowi umieszconemu w przednim zderzaku. Jakby tego było mało, jeśli system wykryłby że odległośc robi się za mała, zacząłby hamować aż do zatrzymania pojazdu. Czyli kolejna rzecz jaka dopiero niedawno zaczęła się pojawiać w wyposażeniu samochodów.

Oprócz tego zestaw przycisków na kierownicy pozostawał nieruchomy podczas jej obracania. Bardzo podobnie do znacznie późniejszego Citroena C4 pierwszej generacji.

środek2

A co napędzało tak zaawansowany prototyp? Pod maską znalazł się czterocylindrowy silnik o pojemności 1,3 litra. Miał on turbodoładowanie i był zasilany metanolem. Maksymalna moc wynosiła 120 KM i przekazywana była na przednie koła. W sumie parametry jak we w miarę typowym obecnym aucie. Do tego paliwo alternatywne. Czyli znów inżynierowie Nissana przewidzieli przyszłość.

silnik

Jedyne czego nie udało im się przewidzieć, to to że ludzie zechcą kupować auta o słabej aerodynamice i z wysokim środkiem ciężkości, kosztujące więcej od tych normalnych. Czyli SUVy i crossovery. No ale coś takiego to się chyba nikomu w latach 80-tych nawet nie śniło.

Tu zaś możecie zobaczyć jak te wszystkie cuda działały w praktyce:

Pozostaje jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego uważam ten samochód za najlepszy prototyp w historii motoryzacji. Odpowiedź brzmi: bo żadnemu innemu prototypowi nie udało się tak dokładnie przewidzieć przyszłości na 37 lat do przodu! I to przyszłosci nie np. rozmaitych supersamochodów, a przyszłości zwykłych aut, uzywanych do codziennej jazdy.

Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

Tym razem podwójne E34 Touring:


czwartek, 15 października 2020

Handlowy Hit: Polski NASCAR

Na polskich portalach ogłoszeniowych pojawiają się czasem takie rzeczy, że serio można uwierzyć w powiedzenie, że w naszym kraju istnieje każdy egzemplarz każdego wyprodukowanego auta. I dziś od kolegi dostałem link do jednej z takich ofert. 

W pierwszej chwili zacząłem liczyć, czy mogę sobie na ten pojazd pozwolić - jak wiedzą czytelnicy tego bloga, jestem wielkim fanem NASCAR. W drugiej zacząłem się zastanawiać, na co mi auto stworzone do ścigania w tej serii, skoro nie bardzo miałbym co z nim zrobić. Mimo że te samochody ścigają sie także po torach drogowych, to jednak zostały przede wszystkim stworzone do jazdy po owalach. Których w Polsce nie ma. A w trzeciej zacząłem się temu samochodowi przyglądać bliżej. I coś mi się zaczęło nie zgadzać.

Przede wszystkim: malowanie. Samochód ma numer startowy mocno z tyłu nadwozia - w autach NASCAR wymagane jest by było on mniej więcej w środku długości. Do tego ma w kilku miejscach logo NASCAR Nextel Cup - tak nazywała się główna seria tych wyścigów w latach 2004-2016. W żadnym z tych sezonów nie startował samochód z takim malowaniem i sponsorem.

Jakby tego było mało, naklejki imitujące przednie i tylne reflektory (w NASCAR nie stosuje się lamp - każde auto ma tylko nalepki), ewidentnie mają imitować te z Forda Mustanga. Tak wygląda Ford Mustang jeżdżący w NASCAR:


A tak pojazd z ogłoszenia:

Jak widać kształt jest zupełnie inny. Ale OK, sprzedający pisze, że samochod zbudowano w roku 2006, a w 2019 odnowiono. Co więc jeździło w NASCAR w 2006 roku? Ford Fusion. Tak wyglądał:

I to by się już zgadzało - pasuje prostokątny wlot powietrza, pasuje kształt okien. Dodge i Chevrolet jeżdżące w tamtych latach znacząco sie różniły tymi elementami. Czyli co? Fusion przemalowany na Mustanga? Najwidoczniej, ale pojawia się kolejny problem. Sprzedający pisze, ze auto zostało zbudowane w firmie Petty Enterprises. Takie logo widnieje też na spodzie samochodu:

Tylko, że Petty Enterprises (swoją drogą bardzo znany, i jeden z najstarszych zespołów NASCAR) w tamtych latach współpracowało wyłacznie z Dodge. A kształt opisywanego pojazdu nijak się ma do kształtu nadwozia auta tej marki.


Jak widac rózni się przedni zderzak, brakuje wlotu między "lampami" oraz inny jest kształt tylnej bocznej szyby. 

Alternatywnie może to być nadwozie Dodge'a z 2003 roku. Wygląda również dość podobnie:


Czyli mamy nadwozie Forda (lub starsze Dodge'a z 2003) z podwoziem z firmy budującej wyścigowe Dodge. A co jest pod maską? Pod maską mamy to:

Nie przypomina to silnika z auta NASCAR, który wygląda tak (na przykładzie Chevroleta):

Bardzo natomiast przypomina silnik LS1 koncernu General Motors, który znajdziemy m.in. w Corvette czy Camaro:


Za tym, że jest to po prostu LS1 przemawia także podana w ogłoszeniu pojemność skokowa 5,7 litra. Czyli tyle ile silnik GM. Auta NASCAR mają zaś wymaganą regulaminem pojemność 5,8 litra.

Nadwozie Forda albo starszego Dodge, podwozie prawdopodobnie Dodge'a, silnik Chevroleta. Brzmi jak przegląd wszystkich marek NASCAR z 2006 roku. Czy coś jeszcze się nie zgadza? No jest np. fotel pasażera. Ale to w sumie drobiazg - owszem, w autach ścigających się w NASCAR jest tylko fotel kierowcy. Ale w pojazdach używanych do pokazów czy szkoleń już można się spotkać z wersjami dwuosobowymi. I prawdopodobnie z czymś takim mamy tu do czynienia.

Nie jest to więc samochód wyścigowy NASCAR a raczej coś co zostało zbudowane jako auto treningowe/pokazowe z tego co akurat było pod ręką. Czyli podwozie moze faktycznie być zrobione przez Petty Enterprises, do niego dorzucono nadwozie jakie akurat było dostępne i do tego silnik LS1 - popularny i tani w obsłudze (w porównaniu do wyczynowego silnika NASCAR). 

Czy ten samochód warto kupić? Nie wiem. Ogólnie to w Polsce posiadanie auta NASCAR jest absolutnie bez sensu i tak. Wiec co za różnica, czy jest to faktyczny samochód wyścigowy, czy tylko składak treningowy? Pytanie tylko czy taki składak jest wart 190 tysięcy PLN. To też trudno ocenić, ale można spojrzeć ile kosztuje prawdziwe auto NASCAR. Samochód z najwyżej serii, którym w 2013 roku ścigał się Kevin Harvick jest wystawiony za 75 000 USD. Czyli 291 810 PLN. Ogłoszenie można zobaczyć tutaj


Oczywiście do ceny należy wtedy doliczyć koszty transportu do Polski.  Więc realnie wyjdzie znacząco więcej niż w przypadku opisywanego dziś pojazdu. W jednym i drugim przypadku, nie będzie za bardzo jak wykorzystać możliwości tego samochodu na naszych torach. Choć i bez tego trzeba przyznać, że wizja jazdy prawdziwym samochodem NASCAR podczas jakiegoś trackday jest dość intrygująca. Choć bezsensowna - w końcu to Autobezsens.

Zaś co do polskich akcentów w NASCAR to polecam ten wpis. Zaś jeśli zainteresowała Was ta seria wyscigowa, to na Autobezsensie znajdziecie jeszcze nieco więcej wiedzy o niej. Pod tym linkiem.

Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

Najpopularniejsze auto do wożenia taniego paliwa zza wschodniej granicy chyba już nie ruszy w kolejny kurs:




poniedziałek, 5 października 2020

Motohistoria: Conan the Corvette

Amerykańskie coupe kojarzy się większości osób z silnikiem V8. Oczywiście w najmocniejszych wersjach. Nie znaczy to jednak, że producenci z USA nie próbowali nigdy zwiększyć ilości cylindrów pod maską swoich aut. Najbardziej znanym przykładem takich działań jest Dodge Viper ze swoim V10. Czytelnicy Autobezsensu mogą też pamiętać prototyp Forda Mustanga z takim samym układem cylindrów, który był tu kiedyś opisany. A Chevrolet?

Panowie z GM widzieli co się działo gdy Dodge zaprezentował Vipera. Zamówienia na tamto auto spływały jeszcze zanim w ogóle zdecydowano się wprowadzić je do produkcji. Oznaczalo to tylko jedno: status Corvette jako najlepszego amerykańskiego auta sportowego stał się mocno zagrożony. Obecna wtedy na rynku generacja C4 miała w prawdzie silnik V8 o pojemności 5,7 litra, ale był to przestarzały juz nieco L98. W roku 1989 Corvette miała 245 KM w zwykłej wersji, zaś w najmocniejszej ZR-1 było 385 KM z nowszego wariantu tego samego silnika, oznaczonego LT5. Zaś Viper miał niedługo wjechać do salonów sprzedaży dysponujac 400 KM. Coś trzeba było zrobić.

W celu zrobienia czegoś zwrócono się do firmy Falconer. Jej założyciel, Ryan Falconer zajmował się  (i zajmuje obecnie) budową silników do motorsportu od lat 60-tych XX-wieku. Do kierowców korzystajacych z jego wiedzy należeli m.in. Parnelli Jones, Al Unser, Mario Andretti oraz Jackie Stewart. Falconer zbudowal też swój własny silnik V12, oparty w dużej mierze o 5,7-litrowe V8 Chevroleta. Głównymi klientami kupującymi ten silnik byli budowniczowie łodzi motorowych oraz... replik samolotów P-51 Mustang. 

Aluminiowy blok, dwanaście cylindów, elektroniczny wtrysk paliwa, 9,8 litra pojemności skokowej, 683 KM mocy maksymalnej i aż 922 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Waga silnika: 237 kg. Jak na te parametry to całkiem mało - porównywalnie ze standardowym silnikiem Corvette, z blokiem wykonanym z żeliwa. Do tego to V12 bazowało na V8 Chevroleta, co powinno umożliwić w miarę prosty montaż. Innymi słowy miał to być idealny silnik do pozamiatania Dodge'a i jego Vipera. Inżynierowie GM zabrali się więc do pracy. Jako bazę wybrano model ZR-1

Z tym prostym montażem to tak nie do końca wyszło. Żeby upchać V12 w Corvette, trzeba było wydłużyć auto o 8 cm. Łączna waga Corvette wzrosła przez to o 45 kg (silnik jak wiemy ważył porównywalnie z fabrycznym). Moc na asfalt przenoszona była przez 6-biegową przekładnię manualną. A żeby auto mogło też pochwalić się dźwiękiem, zdecydowano się na boczne rury wydechowe. Bez tłumików. Bo po co? Zamontowano tylko osłony termiczne żeby nikt nie poparzył się przy wsiadaniu lub wysiadaniu. 

Z absolutnie niezrozumiałych przyczyn, później zmieniono układ wydechowy na normalniejszy, bez bocznych  rur wydechowych. I do tego z tłumikami. 

Auto oficjalnie nazwano Corvette ZR12. Nieoficjalnie zaś mówionio na nie "Conan the Corvette" na czesc znanego filmu o Conanie Barbarzyńcy. 

W testach wypadło nienajgorzej. Nawet nie miało jakichś straszliwych problemów z trakcją. Były jednak kłopoty z przegrzewaniem się. Aby kontrolować parametry silnika podczas jazdy, na desce rozdzielczej zamontowano dodatkowe wskaźniki.

Niestety, sam silnik kosztował 45 00 dolarów (w latach 90-tych - po doliczeniu inflacji byłoby to znacznie więcej w dzisiejszych pieniądzach). To, oraz koszt pozostalych przeróbek i rozwiazania problemów z chłodzeniem sprawiło, że wdrożenie ZR12 do produkcji było nieopłacalne. 

Prototyp istnieje jednak do dziś i mozna go obejrzeć w Muzeum Corvette w USA:


Zdjęcie z gratem bez zwiazku z tematem

A właściwie z Fiatem. I to po tuningu jak za najlepszych lat F&F. Strasznie mało już aut w tym stylu na ulicach, więc tym bardziej warto udokumentować przedstawiciela złotej ery tuningu wizualnego:




sobota, 26 września 2020

Motohistoria: Vestatec Magnum, czyli co można zrobić z BMW E30

BMW E30 to jeden z lepszych modeli bawarskiej marki. Lekki, zwinny, no i wygląda tak fajnie, że mimo całej mojej niechęci do BMW wywołanej posiadaniem kiedyś E36, E30 bym nawet chętnie jeździł. Jednak w czasach w których powstało, ktoś stwierdził że E30 może wyglądać dużo nowocześniej.

Tym kimś była firma Vestatec. Zajmowali się oni (i zajmują) przede wszystkim wytwarzaniem rozmaitych detali z tworzyw sztucznych. Spojlery, wloty powietrza itp. Czyli podstawowe rzeczy w tuningu wizualnym aut. Szczególnie w latach 80-tych i 90-tych. W roku 1985, na wrześniowym salonie motoryzacyjnym we Frankfurcie, zaprezentowali jednak cos znacznie więcej: własną interpretację BMW serii 3 E30, nazwaną Vestatec Magnum.

Auto miało bardzo mocno przerobione nadwozie. Przede wszystkim w oczy rzuca się kompletnie nowy front z otwieranymi reflektorami. Przypomina on nieco Mitsubishi Starion lub Porsche 944, choć żadna część nie pochodziła z tych (ani innych) modeli. Wszystko było konstrukcją własną Vestatec. Zmieniono przednie błotniki, maskę i zderzak. Co ciekawe wszystkie elementy nowego frontu można było zamontować praktycznie bez przeróbek -  w karoserii E30 konieczne było wywiercenie tylko dwóch otworów. Laminatowy zestaw poszerzył karoserię BMW o 2 cm. Pewną wadą prototypu było to, że maska otwierała sie do przodu tylko do kąta 45 stopni. Producent zestawu obiecywał, ze kolejne egzemplarze mialy być już pobzawione tego problemu.

Ale zmiany nie ograniczyły się tylko do przodu. Przerobiono też linię boczną i tył. Oprócz poszerzeń i progów, uwagę zwraca skrócony o 25 cm dach i mocniej niż seryjnie pochylony słupek C (wykonany jako nowy element, z blachy o grubości 0,8 mm). Dołożono także atrapy wlotów powietrza przed tylnymi kołami. Do tego na tylnej szybie musiała się znaleźć, obowiązkowa w latach 80-tych, "żaluzja". Na klapie zaś pojawił się całkiem ładnie wkomponowany spojler. 

Bardzo ciekawie wyszedł mechanizm otwierania pokrywy bagażnika: podnosiła się ona od razu z ową ""żaluzją":

Dla kontrastu, wnętrze pozostało niemal seryjne. Jedyne zmiany jakie udało mi się zauważyć to logo na kierownicy i zestaw dodatkowych wskaźników:

Choć oprócz tego było bogato wyposażone: skórzana tapicerka, elektrycznie regulowane fotele, klimatyzacja i radio z odtwarzaczem kaset (w końcu to lata 80-te).

Zdecydowanie ciekawiej jest za to pod maską. Tam znalazła się bowiem jednostka napędowa serii M30, dodatkowo zmodyfikowana przez znaną z tuningu BMW, firmę Hartge.

Pojemność skokowa rzędowego, sześciocylindrowego silnika wynosi 3428 ccm. Silnik osiąga maksymalną moc 250 KM przy 6300 obr./min. oraz maksymalny moment obrotowy 360 Nm przy 4100 obr./min. 

Napęd przekazywany jest na tylne koła poprzez manualną, 5-biegową skrzynię. Zastosowano też mechanizm róznicowy o ograniczonym poślizgu, spięty na 40% (powinno się w sumie podawać to w kg a nie w procentach, no ale takie dane znalazłem). 

W zawieszeniu zastosowano amortyzatory marki Koni oraz regulowany stabilizator z przodu. Za hamowanie odpowiadaly tarcze wentylowane z przodu i zwykłe z tyłu. A także niezbyt często spotykany w tamtych latach, system ABS. Samochód poruszał się na oponach o wymiarach 205/50R15. Zwracał też uwagę ciekawy wzór felg (zarówno tych z czarno białych zdjęć, jak i tych z kolorowych):



Vestatec Magnum rozpędzał się od 0 do 100 km/h w 5,9 sekundy i osiągał maksymalną prędkość ponad 250 km/h (nie podano jak dużo ponad).

Pozostaje jeszcze pytanie o cenę. Aby otrzymać taki samochód, do ceny bazowego BMW E30 trzeba było doliczyć ponad 37 000 marek. Czyli sporo. Oczywiście przebudowa była możliwa także bazujac na E30 ze słabszymi silnikami. Ale niewiele słabszymi. Dostępne miały być wersje na bazie Albiny oraz na bazie fabrycznego 325i. I tak by zapewne było, gdyby ten zestaw faktycznie kiedykolwiek wszedł na rynek.

Bo niestety oprócz prezentowanego wyżej prototypu, nie są znane żadne inne auta z tym pakietem. Prototyp miał być pokazany w USA, w Las Vegas. Vestatec miało plany otworzyć tam też sieć dilerską i sprzedawać Magnum Amerykanom. Niestety, o ile mi wiadomo, nigdy nic z tego nie wyszło. Nie wiadomo nawet, czy prototyp przetrwał do obecnych czasów. 

Dziś już w ogóle mało kto pamięta o Vestatec Magnum, więc znalezienie jakichkolwiek informacji do tego wpisu było dość trudne. Niemniej jednak udało się i kolejna osobliwość znalazła swoje miejsce na Autobezsensie.

Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

No dobra, dziś będzie jakiś zwiazek z tematem, bo zdjęcie z BMW. A konkretnie E46 z dość intrygującą wariacją na temat emblematu M:



poniedziałek, 14 września 2020

Samoróba: piąte koło u wozu

Czas na nową kategorię na blogu. Samochód (?) dziś opisywany jest tak absurdalny, że nie pasuje do żadnej z dotychczasowych. Ani to pojazd historyczny, ani jakaś nowość. Ale jest to coś wykonane samodzielnie i jest bez sensu, więc trzeba założyć nową kategorię, nazwać ją "Samoróba" i zabrać się za tworzenie opisu kolejnego jeżdżącego dziwadła. A następnie zaprosić Was, dordzy czytelnicy, do lektury. Co własnie czynię.

O pięcikołowych pojazdach kiedyś już pisałem. Wystąpiły w tym wpisie. Nie wiedziałem jednak wtedy, że w Wietnamie powstało takie coś:


Wietnam nie jest znany z produkcji samochodów. Głównym środkiem transportu mieszkańców tego kraju są jednoślady. Jednak pan Nguyen Van Thang, mechanik z Hanoi, uznał że zbuduje sobie coś co będzie miało więcej kół. Ale nie jakieś tam cztery, jak ma większość. Od razu postanowił, że zbuduje pojazd pięciokołowy. 

Mimo braku formalnego wykształcenia z dziedziny mechaniki, pan Nguyen ma już na swoim koncie budowe własnego, w pełni sprawnego mini-helikoptera:


O ile ta maszyna latająca była przede wszystkim podpporządkowana funkcjonalności, to pięciokołowiec powstał głównie jako eksperyment stylistyczny. A że pan Nguyen ma dość nietypowe podejście do tego jak auto powinno wyglądać, to wyszło coś takiego:





Pojazd zostal przez twórcę nazwany "T-babacar". "T" bo Thang, "baba" bo twórca ma pseudonim "Ba Ball", a "car" bo samochód. Sensowne, prawda?

Cztery przednie koła pochodzą z BMW serii 3. Zaś znacznie większe, tylne, z BMW X6. Cztery mniejsze koła są skrętne. Jednak napędzane są tylko dwa przednie. 

Pod maską znajduje się umieszczony poprzecznie, czterocylindrowy silnik z motocykla Yamaha .Niestety, nie wiem o jakiej mocy i pojemności. NIe wiadomo też jak rozwiązano przeniesienie napędu.


Za zatrzymywanie odpowiadają zaś hamulce tarczowe na czterech przednich kołach. 

Kabina zaś jest jednomiejscowa. Wsiada sie do niej przez otwierane elektrycznie drzwi. Większość elementów wnętrza pochodzi z Daewoo Matiza. Przy czym na kierownicy przyklejono znaczek BMW (co może budzić nieprzychylne uczucia fanów prestiżowej, koreańskiej marki):


W wietnamskim klimacie niewątpliwie przydaje się zamontowana w pojeździe klimatyzacja. 

A teraz pozostaje odpowiedź na pytanie: czy to jeździ? Jeździ. Czego dowodem jest ten film:



A tu jeszcze zdjęcie dumnego właściciela w swoim aucie:


Zbudowanie tego samochod zajęło rok. Co jest w sumie niezłym wyczynem biorąc pod uwagę stopień skomplikowania choćby układu sterowania. A także ilość pracy potrzebnej by wykonać nadwozie i połączyć to wszystko w całość. Oczywiście taki samochód jest niepraktyczny, prowadzi się zapewne dziwacznie i nie ma żadnego sensu. Ale bez takich aut nie byłoby tego bloga, dlatego ja życzę konstruktorowi jak najwięcej kilometrów w tym pojeździe, oraz zapału do zbudowania czegoś jeszcze dziwniejszego. O ile wiem, nikt nie pokusił się by zbudować auto siedmiokołowe, więc może tędy droga...

Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

Dziś dwa graty. Bentley i Jaguar wrastają sobie w trawę pomiędzy autobusami i ciężarówkami:




Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL



Archiwum