środa, 2 lipca 2014

Motohistoria: Mustang Boss 351 V10

Jest tekst o amerykańskim aucie. W dodatku nazwanym Boss. Czyli w ścieżce dźwiękowej do wpisu musi znaleźć się utwór Bruce'a Springsteena. Miało być moje ulubione "Racing in the Streets", ale tam śpiewa o Chevrolecie. Po pewnych poszukiwaniach, udało się znaleźć coś z Fordem - "Ramrod"

Wprawdzie tam jest wspomniany Ford z 1932 roku, ale trudno.



Ford Mustang i V8. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się zbytnio samochodami, to wie, ze Ford Mustang powinien mieć pod maską właśnie widlastą ósemkę. A pewnego razu ktoś pomyślał, że może lepszym pomysłem byłoby zamontowanie pod maską jakiegoś V10. Ten ktoś pracował w Fordzie, więc pomysł wcielono w życie.

Projekt powstawał w latach 1999-2000 w dziale zajmującym się rozwojem jednostek napędowych. W sumie nie jest jasne, po co go tworzono. Podobno silnik miał się znaleźć w modelu GT. Ale tam zdecydowano się jednak zamontować 5.4 V8 z kompresorem. W Mustangu tamtej generacji najmocniejszą odmianą miała być Cobra R, także z V8. Mimo wszystko grupa inżynierów, pracując po godzinach i pomiędzy innymi projektami zbudowała Mustanga V10.


Silnik nie miał nic wspólnego z 6.8 V10 spotykanym w niektórych pick-upach Forda. Jego konstrukcja opierała się o znane 4.6 V8 Modular. Oczywiście dorobienie po jednym cylindrze z każdej strony nie było proste, ale bazowanie na gotowych rozwiązaniach i tak znacząco obniżało koszta i czas potrzebny na zaprojektowanie V10. Kąt rozwarcia cylindrów wynosił więc 90 stopni. Mimo to, zastosowano wał pomyślany o silniku z kątem rozwarcia 72 stopnie. Co wymusiło dość specyficzny układ zapłonu. Silnik miał pojemność 351 cali sześciennych. Czyli 5.75 litra. Dało to pretekst do nazwania go Boss 351 - tak jak znany wariant Mustanga z 1971 (tylko tam było oczywiście V8).

Problemem okazało się sterowanie - konieczne było zastosowanie dwóch ECU. Po jednym na każdy rząd cylindrów. To z kolei wymusiło zastosowanie podwójnych czujników wału, wałków rozrządu, dwóch przepływomierzy itd. Oba sterowniki umieszczono w kabinie, na desce rozdzielczej - w końcu to tylko prototyp.

Co ciekawe, nie było większych problemów ze zmieszczeniem nowego silnika pod maskę Mustanga. Silnik był tylko 10 cm dłuższy od V8. Dzięki czemu rozkład mas nie zmienił się za mocno. Z resztą, w Mustangu i tak niewiele osób zwraca uwagę na prowadzenie.

W każdym razie moc maksymalna wynosiła 426 KM przy 6500 obr/min, zaś moment obrotowy 542 Nm przy 5200 obr/min. 

Silnik został połączony z sześciobiegową, manualną skrzynią biegów T56.

Niestety, podczas testów przeniesienie napędu okazało się awaryjne - często psuły się sprzęgła, mosty i skrzynie biegów. Mimo to, podczas jednego z testów dla dziennikarzy udało się pojechać 1/4 mili w 11,93 sekundy. 

Projekt porzucono, choć podobno auto istnieje do dziś. Sam silnik nie został też nigdzie wykorzystany. Było to po prostu ćwiczenie inżynierów. A Mustang nadal kojarzy się przede wszystkim z V8. O ile zaraz nie zrobią z niego hybrydy z doładowanym trzycylindrowym Ecoboostem...

7 komentarzy:

  1. Nie znałem tej historyji - dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Autobezsens w całej...a nie, w sumie jeździłbym...:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A tak w sumie to czemu Bruce ma ksywkę "Boss"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno dlatego, że na początku kariery to on zajmował się zbieraniem pieniędzy od klubów, w których występował ze swoim zespołem (E Street Band), a potem rozdzielaniem ich między muzyków. Tak przynajmniej podaje wikipedia.

      Usuń
    2. Czyli dzielił i rządził "like a boss" ;-)
      Aż dziwne, że go jeszcze nie podkupili marketingowi ludzie od Boss Hossów. Pasowałby wizerunkowo, 100% amerykańskiej stylówy, he he...

      Usuń
  4. Twój blog jest świetny. Naprawdę ciekawe historie tu zapodajesz. Skąd Ty je wszystkie znasz? ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Dużo czytam, czasem trafię na jakąś wzmiankę o czymś ciekawym i zaczynam poszukiwania :)

      Usuń

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL