Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F1. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lutego 2022

Motohistorie Dwusilnikowe: Emerson Fittipaldi i jego VW

Dawno nie było czegoś z cyklu Motohistorie dwusilnikowe.  Czas to nadrobić:

Emerson Fittipaldi to znane nazwisko w świecie Formuły 1. Brazylijczyk został mistrzem tej serii w latach 1972 oraz 1974. Do innych jego znanych osiągnięć należy również dwukrotne wygranie wyścigu Indianapolis 500 (w latach 1989 i 1993), a także mistrzostwo w serii CART w roku 1989. Mało kto wie jednak, że słynny kierowca ma na swoim koncie start w wyścigu długodystansowym za kierownicą VW Garbusa z dwoma silnikami. Dlatego dziś Wy, drodzy czytelnicy się o tym dowiecie. A jako, ze jest Was niewiele, to i dalej można będzie mówić, że mało kto wie o tej historii.

Fittipaldi Fusca

Pod koniec lat 60-tych Emerson Fittipaldi był już znanym kierowcą w Brazylii. Ścigał się właściwie wszystkim: motocyklami, łodziami oraz samochodami. Za kierownicą VW Karmann Ghia wygrał wyścig 6 Godzin Interlagos w roku 1964. Jeździł też sporo w Formule Vee gdzie samochody opierały się o technikę Garbusa. W roku 1969 przeniósł się do Europy, jednak zanim rok później zadebiutował w F1, zapragnął zaliczyć jeszcze wyścig 1000 km Guanabara, rozgrywany w Rio de Janeiro. 

Był tylko pewien problem - nie bardzo było czym jechać. Jednak brat Emersona, Wilson, prowadzący rodzinny warsztat zajmujący się serwisem aut do motorsportu stwierdził, ze coś się zbuduje w te parę miesięcy co zostało do zawodów. 

Jako, że czasu było niewiele, postanowiono skupić się na technice znanej i dostępnej. Czyli Volkswagen Garbus. Jednak w wyścigu miały brać udział auta takie jak Ford GT40, czy Alfa Romeo T33. Nawet talent Emersona mógł nie wystarczyć by takie pojazdy dogonić małym VW.

W tamtym czasie silnik 1,3 Garbusa był już nieźle rozpracowany pod kątem podnoszenia mocy. Można było zwiększyć pojemność do 1,6 litra i uzyskać około 130 KM. Ale to nadal było mało. Postanowiono więc połączyć dwa takie silniki w jeden i zrobić ośmiocylindrowego boksera chłodzonego powietrzem mającego pojemność 3,2 litra i moc maksymalną około 230 KM (wg niektórych źródeł  260 KM). Co ciekawe, połączenie obu wałów było elastyczne. Na uwagę zasługuje też układ wydechowy łączący 8 rur z cylindrów w jedną.

Fittipaldi Fusca

Fittipaldi Fusca
Fittipaldi Fusca

Żeby zamontować taki wynalazek w Garbusie wycięto całą tylną część podwozia i zbudowano od nowa konstrukcję rurową. Silnik został zamontowany centralnie, a za przekazanie jego mocy na koła odpowiadała skrzynia biegów z Porsche 550 Spyder. Z tego auta pochodziły także hamulce bębnowe, przekładnia kierownicza oraz przednie zawieszenie. Z tyłu zaś zastosowano zawieszenie z auta Formuły Vee. 

Nadwozie zostało zbudowane z włókien szklanych, zachowując wygląd Garbusa. Na uwagę zasługuje wlot między dachem a przednią szybą z którego powietrze było doprowadzane do silnika. Masa własna szalonego Garbusa wynosiła zaledwie 500 kg (wg innych źródeł nawet 407 kg). Same panele nadwozia ważyły zaledwie 17 kg! Uznano, że to powinno już być w stanie nawiązać walkę z mocną konkurencją.

Fittipaldi Fusca

Podczas testów na torze Interlagos wyszło, ze auto jest bardzo szybkie, aczkolwiek wymagające w prowadzeniu. A co z 1000 km Guanabara? Wynik w kwalifikacjach był imponujący: trzecie miejsce. Wśród aut typu Ford GT40, Lola T70, Alfa Romeo T33 itp. aut. Przez pierwszą godzinę wyścigu nawet udawało się utrzymać trzecią pozycję. Po czym awarii uległa skrzynia biegów i zespół musiał się wycofać z zawodów.

Fittipaldi Fusca


Dwusilnikowy Garbus jeździł potem w innych lokalnych wyścigach z Wilsonem Fittipaldi za kierownicą. W roku 1970 pojechał on wyścig rozgrywany w okolicy miasta Belo Horizonte. Tam jednak awarii uległ element łączący wały korbowe.

Znalazłem też informację, że zespół zamówił dwa zestawy do modyfikacji silników niemieckiej firmy Okrasa - wbrew pozorom nie nazwa nie ma nic wspólnego z polskim słowem, a jest skrótem od Oettinger KRAftfahrtechnische Spezial Anstalt. W każdym razie dzięki owym zestawom możliwe było zwiększenie pojemności obu silników do 2,2 litra. Powstał więc chłodzony powietrzem, ośmiocylindrowy bokser o pojemności 4,4 litra i maksymalnej mocy ponad 400 KM. 

Niestety, w końcu auto zostało sprzedane. Kolejny włąściciel zamontował w nim normalny silnik VW, ale nie był w stanie osiągnąć dobrych wyników. Dlatego pojazd znów trafił na sprzedaż Po czym niby zniknął na zawsze z historii. Ale nie do końca. Ponoć przez jakiś czas auto znajdowało się w szkole nauki jazdy w Sao Paulo. Po czym znów zniknęło. Aczkolwiek trafiłem też na następujący film:


Film ewidentnie nagrany jest we w miarę współczesnych czasach (data wrzucenia na youtube jest z 2012 roku). Jednak czy to jest odszukany i odbudowany oryginalny samochód, czy też replika, nie udało mi się stwierdzić. W jakimś komentarzu na brazylijskim fanage Garbusa znalazłem informację, że jest to bardzo wierna kopia, która znajduje się w muzeum w mieście Passo Fundo, w Brazylii. Czymkolwiek jest to auto, oto więcej jego zdjęć:

Fittipaldi Fusca

Fittipaldi Fusca

Fittipaldi Fusca

Fittipaldi Fusca

Fittipaldi Fusca


Zdjęcie z gratem bez związku z tematem

Dziś resztki Almery GTi:

Almera

wtorek, 24 marca 2020

Motohistoria: Żyroskopy w wyścigach

Dalej trzeba siedzieć w domach, sytuacja w kraju i na świecie wygląda słabo. Dlatego wypada zrobić wpis, zeby podczas tego wszystkiego było co poczytać i oderwać nieco myśli od przykrych tematów wirusowych,

W poprzednim wpisie pokazałem Wam historię żyroskopowego autobusu. Wspomniałem też, że opiszę motorsportowe zastosowanie podobnego systemu. Więc opisuję. A Wy czytacie.

W roku 2009 do Formuły 1 wprowadzono obowiązkowy system KERS. W uproszczeniu chodziło o to, że auta F1 mają zyskać pewną formę napędu hybrydowego. Dodatkowy silnik elektryczny miał ułatwić w tym wypadku wyprzedzanie. Oczywiście jak to bywa w F1, ułatwił przede wszystkim obronę przed tym manewrem. Dzięki czemu wyprzedzania było jeszcze mniej. Typowa sytuacja w tej serii wyścigowej.

Typowe było tez podejście większości zespołów do tego rozwiązania: akumulatory litowo-jonowe do magazynowania energii dla elektrycznej części napędu. Ale nie zespół Williams. Zespół który obecnie wygląda jakby przy budowie i projektowaniu swoich aut próbował nieudolnie naśladować Cytryna i Gumiaka, jeszcze nie tak dawno miał dość ciekawy pomysł. 

Otóż uznali oni, ze ładowanie akumulatorów i późniejsze odbieranie z nich energii jest zbyt wolne. Szczególnie jak na standardy F1. Dlatego sięgneli po rozwiązanie analogiczne jak w przypadku szwajcarskich żyroskopowych autobusów. 

Idea bazowo była podobna, ale nie identyczna: koło zamachowe zamknięte w obudowie z panującym w środku bardzo niskim ciśnieniem (ponoć niemal próżni, ale nie znalazłem dokładnych danych), obracało się na ceramicznym łożysku. Elementy owego koła wykonane były z materiału oznaczonego jako MLC (Magnetically Loaded Composite) - do włókien kompozytu dodano cząsteczki metalu i dzięki temu, koło zamachowe można było namagnesować. A to powodowało, że obracajac się, indukowało ono prąd w stojanie. Oddawanie energii z systemu polegało na tym, że prądu tego używano do napędzania silnika elektrycznego, z którego przekazywano napęd na koła. Magazynowane energii zaś było rozwiązane w analogiczny sposób - prąd indukowany w stojanie (dzięki silnikowi pracującemu jako generator) sprawiał że koło zamachowe się kręciło. A jak szybko mogło się kręcić? Inżynierowie Williamsa mówili że od 50 000 do 100 000 obrotów na minutę. Dokładne dane oczywiście zachowywali dla siebie





Cały system ważył relatywnie niedużo. Problemem jednak okazały się jego gabaryty. O ile jako całość nie zajmował zbyt dużo powierzchni w porównaniu do akumulatorów, to te drugie mozna było podzielić i rozłożyć na większej przestrzeni. A w sezonie 2010 (czyli tym, w którym Williams chciał swoje rozwiązanie wprowadzić do użytku) miało to ogromne znaczenie - otóż zakazane było wtedy tankowanie. Co spowodowało, ze zbiorniki paliwa w bolidach F1 musiały stać się sporo większe niż dotychczas. A to niestety sprawiło, że zbiornik zajął miejsce pierwotnie przeznaczone na koło zamachowe. Williams musiał więc porzucić nowatorski pomysł i zająć się opracowywaniem takiego samego systemu KERS jak reszta stawki. Ale swojej pracy nie wyrzucili na śmietnik. Postanowili ją sprzedać.

I sprzedali. Komu? A na przykład firmie Porsche. Tak powstało zaprezentowane w 2010 Porsche 911 GT3 R Hybrid. Moduł z kołem zamachowym był umieszczony w miejscu fotela pasażera i przekazywał energię do dwóch silników elektrycznych napędzających przednie koła. Pozwalało to uzyskać 222 KM. Tylne zaś standardowo dla GT3 R były wprawiane w ruch przez 6-cylindrowy silnik typu bokser o czterech litrach pojemności skokowej i maksymalnej mocy 480 KM. Dzięki czemu ten samochód miał napęd na wszystkie koła. 



Hybrydowe 911 miało pojechać przede wszystkim w edycji 2010 24-godzinnego wyścigu na torze Nurburgring-Nordschleife (tak, 24h po całej pętli najbardziej znanego toru świata, bardzo polecam oglądać te zawody - co roku jest transmisja online). W ramach testów wystawiono go też w rozgrywanych na tej samej trasie wyścigach serii VLN (wyścigi kilkugodzinne, również po Nordschleife). Mimo testów, w najważniejszym występie nie poszło dobrze. Podczas dwudziestu czterech godzin Porsche borykało się z wieloma problemami technicznymi. Co ciekawe, spora część z nich dotyczyła silnika spalinowego. Samochód został sklasyfikowany na 28-mym miejscu. Na pocieszenie udało się zdobyć jedno zwycięstwo w serii VLN w sezonie 2011. W tym samym roku auto dopusczono do startu w wyścigu serii American Lemans Series na torze w Monterey. Jechało jednak poza klasyfikacją (regulamin serii nie dopuszczał takiego wynalazku). Warto jednak odnotować, ze mimo startu z ostatniej pozycji było to zdecydowanie najszybsze auto GT w całych zawodach. Po tym starcie 911 GT3 R Hybrid zostało wycofane z użytku. Jednak nie było to ostatnie niemieckie auto wyscigowe z systemem odzyskiwania energii wykorzystującym koło zamachowe.

System opracowany przez Williamsa znalazł następnie zastosowanie w zespole Audi który przez długi czas dominował w wyscigach długodystansowych. Po pewnych modyfikacjach, wykorzystano go w modelu R18 e-tron quattro, gdzie pozwalał odzyskać 500 kJ energii. W odróżnieniu od F1, napęd z silnika elektrycznego był przekazywany na przednie koła. Tylne zaś napędzał 3,7-litrowy turbodiesel V6. Dzięki temu "quattro" w nazwie auta było w pełni uzasadnione. Jednak ze względu na cheć zachowania konkurencyjności wszystkich aut biorących udział w zawodach, regulamin techniczny wyścigów długodystansowych (a konkretnie najwyższej klasy, LMP1) stanowił, że owego dodatkowego napędu na przednią oś można używać wyłacznie powyżej predkości 120 km/h. 

Te przepisy jednak nie powstrzymały dominacji Audi. R18 e-tron quattro ruszyło do rywalizacji w roku 2012 i wygrało zarówno wyścig 24h Le Mans, jak i pozwoliło niemieckiemu producenowi wygrać całe mistrzostwa. Identyczna sytuacja powtórzyła sie w roku 2013. 

R18 e-tron quattro w drodze po zwycięstwo w 24h Le Mans 2012
Na sezon 2014 R18 e-tron quattro dostał nieco większy, 4-litrowy silnik (nadal V6 turbodiesel), a sam system KERS został nieco poprawiony. Dodano też odzyskiwanie energii cieplnej z układu wydechowego, która po przekształceniu w elektryczną mogła być skierowana do systemu KERS, albo do dodatkowego napędzania turbosprężarki silnika spalinowego. Pozwoliło to na wygranie 24h Le Mans w tym roku, ale już w całym sezonie Audi musiało uznać wyższość Toyoty.

Na sezon 2015 FIA pozwoliło Audi zwiększyć ilość odzyskiwanej energii z systemu do 700 kJ. Mimo tego, oraz pozostałych poprawek samochodu, zarówno w 24h Le Mans jak i w całym sezonie Audi zostało pokonane przez powracający do najwyższej klasy wyscigów długodystansowych zespół Porsche. Który również zbudował auto hybrydowe (919 Hybrid), jednak korzystając już z akumulatorów litowo-jonowych.

Na sezon 2016 Audi zdecydowało się zmienić system gromadzenia energii na taki sam jak używała konkurencja - z wykorzystaniem akumulatorów litowo-jonowych (w przypadku Toyoty nawet superkondensatorów, ale to zupełnie inna historia).

I to wszystko? Nie, skądże. System Williamsa znalazł jeszcze jedno zastosowanie. Otóż został on zmodyfikowany w firmie GKN Hybrid Power i ma pracować w londyńskich autobusach. Tym razem dając nie osiagi, a zmniejszone zużycie paliwa. Znów więc mamy pomysł na autobusy wykorzystujące wirujące koło zamachowe do gromadzenia i odzyskiwania energii. Historia zatoczyła koło (zamachowe?): autobusy, F1, wyścigi aut GT, LeMans i znów autobusy.


czwartek, 19 października 2017

Zbiór Dziwnych Fur część 23: edycja sześciokołowa

W ostatniej części Zbioru Dziwnych Fur, opisywałem sześciokołowy prototyp auta F1 zbudowany przez Ferrari. Dziś natomiast będzie przegląd pozostałych pomysłów na auta F1 z dodatkowymi kołami. Zapraszam do lektury!

March 2-4-0 i Tyrrell P34
1. Tyrrell P34

Najbardziej znany sześciokołowiec z F1, wiec wypada go krótko opisać. Krótko, bo informacji o nim jest w internecie sporo i są łatwo dostępne.

Wersja na sezon 1976

Samochód został zaprojektowany przez Dereka Gardnera. Chciał on zredukować opór aerodynamiczny, który generują przednie koła bolidu F1 - nie dość, że są relatywnie wysokie, to jeszcze wystają na boki poza spojler. A spojlera nie da się już poszerzyć, bo regulamin zabrania. W tej sytuacji najprostszym rozwiązaniem byłoby dać mniejsze opony i felgi. Tylko wtedy pogorszy się przyczepność. A jakby tak dać z przodu dwie pary małych kół? To sumarycznie przyczepność powinna być podobna, a opór aerodynamiczny mniejszy. No i tak zrobiono - użyto 10-calowych felg z oponami opracowanymi przez firmę Goodyear.


Przednia para przednich kół (ale to brzmi...) była podłączona do kolumny kierowniczej, zaś tylna do przedniej przez system dźwigni. Wyglądało to jak na poniższym schemacie:

Wersja na sezon 1977
Auto jeździło w F1 w sezonach 1976 i 1977. Napędzał je 3-litrowy silnik Ford-Cosworth DFV, czyli najbardziej znany silnik w historii F1. W pierwszym roku startów kierowcami byli Jody Scheckter i Patrick Depailler. Jadąc P34 Scheckter zdołał odnieść zwycięstwo podczas GP Szwecji na torze Anderstorp. W następnym sezonie za sterami zasiedli Depailler i Ronnie Peterson. Zmodyfikowano też nieco aerodynamikę. Tym razem jednak nie było zwycięstw. Projekt porzucono gdyż Goodyear koncentrował się na pojedynku z Michelinem i nie miał mocy przerobowych by rozwijać nietypowe, małe opony dla jednego zespołu. Przez cały sezon 1977 kierowcy P34 zmagali się z podsterownością i wyniki były coraz gorsze. Nie pomogło kombinowanie nad zawieszeniem i aerodynamiką - konkurencja była po prostu szybsza i trzeba było wrócić do czterech standardowych kół.

2. March 2-4-0

Gdy zadebiutował opisany wyżej Tyrell P-34, wiele osób ze środowiska F1 bacznie przyglądało się nowatorskiej konstrukcji. Pracujący w zespole March, Robin Herd i Max Mosley (tak, ten który później został szefem FIA) uznali pomysł za ciekawy, ale postanowili go zinterpretować po swojemu. Czyli na odwrót! Zamiast dwóch przednich osi, zastosowano dwie tylne. Head argumentował, ze w przypadku P34 cała poprawa aerodynamiki na przodzie jest negowana przez duże tylne koła. A w takim razie dodatkową oś lepiej zamontować z tyłu jako napędzaną i dzięki temu móc łatwiej przenosić moc silnika na asfalt. Do tego wtedy można by użyć z tyłu równie wąskich kół jak z przodu. Czyli "sześciokołowość" pozwalała także i w tym projekcie poprawić nieco aerodynamikę. Projekt nazwano 2-4-0. Według notacji Whyte'a używanej w kolejnictwie, oznaczało to lokomotywę wyposażoną w 2 koła przednie, 4 napędzane i 0 tylnych.

Robin Herd i jego dzieło

Prace były prowadzone pod koniec roku 1976. Zespół March miał w tym okresie pewne kłopoty finansowe. Stwierdzono, że projekt powinien przykuć uwagę sponsorów jako coś z potencjałem. Pierwszy pojazd, który pokazano dziennikarzom, miał po prostu doczepioną z tyłu dodatkową parę kół. Nienapędzaną!

Następnie przystąpiono do prac nad tym, żeby te dodatkowe koła jednak coś dawały. Najpierw kombinowano nad specjalną skrzynią, znacznie mocniejszą od standardowej. Ale nie było na nią pieniędzy, więc postanowiono przerobić to co jest. Wzięto standardową skrzynię Hewland i stworzono do niej zestaw "wydłużający" i napędzający ostatnią parę kół. Dzięki takiemu podejściu możliwe było rozbudowanie o dodatkowy napęd każdego Marcha 761 lub 771.


Zorganizowano testy na torze Silverstone. Oczywiście okazało się, że skrzynia jest za słaba i bardzo szybko uległa awarii. Nie dało się tego naprawić, a na test przyszli dziennikarze (zaproszeni, by nadać nowemu projektowi rozgłosu i zwiększyć szanse znalezienia sponsora). Coś trzeba było zrobić. No i zrobiono - odłączono napęd na ostatnią oś i tak jeżdżono. Dziennikarze nic o tym nie wiedzieli i opisali testy jako udane.

Zespół March w tym momencie w pełni uświadomił sobie jak trudne i przede wszystkim drogie będzie zbudowanie skrzyni biegów zdolnej znieść trudy całego wyścigu. Projekt postanowiono przerwać.

Dwa lata później, auto jednak powróciło do motorsportu! W roku 1979 do Marcha zgłosił się Roy Lane - kierowca startujący w Brytyjskich Mistrzostwach Wyścigów Górskich. Korzystał on tam z Marcha 771 i stwierdził, że na krótkich trasach takich zawodów problem z niezawodnością nie powinien być aż tak znaczny, zaś dodatkowa trakcja na wyjściu z ciasnych zakrętów na pewno się przyda. Ponieważ zespół March i tak nie planował dalej rozwijać 2-4-0, z radością przekazali technologię w ręce Lane'a. W końcu kto wie, może jednak to się w czymś sprawdzi.

Roy Lane
Roy Lane wygrał w prawdzie kilka wyścigów w tym sezonie, ale jednak nadal awaryjność i skomplikowanie 2-4-0 okazały się zbyt duże. Na kolejny sezon powrócił do standardowej, czterokołowej konfiguracji.

3. Williams FW07D i FW08B

Przełom lat 70-tych i 80-tych w F1 to nagłe pojawienie się silników turbodoładowanych w F1. Najpierw odważyło się na to Renault. Gdy pokazali jakim tempem da się z takim napędem jeździć i poprawili nieco niezawodność, szybko zaczęli dołączać do nich kolejni producenci i zespoły. Czasy wspomnianego wyżej DFV miały się zakończyć.

Sytuacja była ciężka szczególnie dla zespołów, które nie budowały własnych silników. One musiały albo podpisać umowę na dostawę doładowanych jednostek napędowych, albo znaleźć sposób by jakoś nadrobić braki w mocy innymi elementami samochodu - zawieszeniem, hamulcami i przeniesieniem napędu. Zespół Williams postanowił sprawdzić tą ostatnią opcję.

FW07D
Konstruktor Williamsa, Patrick Head, uznał że pomysł Marcha był bardzo dobry, tylko wystarczy go dopracować. W nowym sześciokołowcu Williamsa zachowano więc układ dwóch przednich kół i czterech tylnych. Regulamin Formuły 1 dopuszczał wtedy elementy generujące tzw. "efekt przyziemny", ale tylko między osiami auta. A skoro sześciokołowiec ma ostatnią oś bardzo wysuniętą do tyłu, to.... można mieć więcej efektu przyziemnego! Tak przynajmniej zakładał Patrick Head. Czy sędziowie techniczni zgodziliby się z jego interpretacją regulaminu to inna kwestia.

FW07D
Na bazie Williamsa FW07 stworzono więc sześciokołowy  model FW07D (swoją drogą, to oznaczenie potem trafiło do zwykłego FW07 na sezon 1982). Przednia z tylnych osi (ale to brzmi..) była zamontowana 10 cm przed standardowym umieszczeniem. Ostatnia oś natomiast, była napędzana przez rozbudowaną skrzynię biegów. Producentem skrzyni był oczywiście Hewland i przy projektowaniu wykorzystano doświadczenia zdobyte podczas prac nad Marchem 2-4-0.

Alan Jones w FW07D
Pierwszy test FW07D odbył się na torze Donnington Park. Za kierownicą siedział Alan Jones. W październiku 1981 przeprowadzono kolejny, Tym razem na Paul Ricard. Auto prowadził Keke Rosberg. Czasy były bardzo obiecujące. Odrobinę szybsze od osiąganych zazwyczaj przez standardowe, czterokołowe auta. Choć trzeba pamiętać, że nie było to bezpośrednie porównanie - tamtego dnia po torze jeździł tylko FW07D. Jonathan Palmer przetestował jeszcze to auto na ciasnym torze Croix-en-Ternois. Jednak zespół nie był do końca zadowolony - problemem były dolne wahacze przedniej z tylnych osi. Przeszkadzały one przy wykorzystaniu do maksimum możliwości efektu przyziemnego. 

FW08B
Dlatego Williams FW08 od początku został zaprojektowany z myślą o przebudowie na sześciokołowca. Tym razem efekt przyziemny miał być w pełni wykorzystany. I był! Nowy pojazd, nazwany FW08B został przetestowany na torze Donnington Park. osiągane czasy były bardzo dobre. Za dobre... FIA wraz z FOCA (zrzeszenie konstruktorów F1) zaczęły się obawiać nagłego wzrostu kosztów gdy wszyscy zaczną budować sześciokołowe auta. Do tego takie pojazdy powodowałyby też pewien chaos podczas zmiany kół w pit-stopach. Zdecydowano, że na rok 1983 regulamin wymagać będzie, by każde auto miało cztery koła, z których tylko dwa będą napędzane. 

FW08B
Williams zbytnio nie protestował. Technologia nadal była w trakcie testów, a ich czterokołowe auta osiągały bardzo przyzwoite wyniki. Do tego w tamtym momencie byli już w trakcie podpisywania umowy z Hondą na dostawę turbodoładowanych silników. Sześciokołowe samochody na zawsze zniknęły z F1.

sobota, 9 września 2017

Zbiór Dziwnych Fur część 22

Kolejna część Zbioru Dziwnych Fur. Zapraszam do lektury!

1. Ferrari 400i Jankel Le Marquis

Rober Jankel to człowiek, który miał niezwykle istotny wkład w rozwój dziwacznej części motoryzacji. Historię jego marki Panther opisałem już kiedyś na blogu: tu kliknąć proszę. Dziś czas na nieco inne jego dzieło. 

 
Ferrari 365/400/412 (oznaczenie zależne od pojemności silnika w danym roku) było swego czasu uważane za niezbyt udany model włoskiej marki. Szczególnie stylistycznie. Dopiero niedawno zaczęło zyskiwać uznanie. W latach 80-tych zaś zainteresował się nim Robert Jankel i postanowił duże coupe przerobić na limuzynę. Zazwyczaj robienie limuzyn z Ferrari kończy się stworzeniem jakiejś totalnej pokraki. Jankelowi jednak wyszło całkiem znośnie. Auto ma przyjemne dla oka proporcje i powstało na bazie wersji 400i, czyli z silnikiem V12 o pojemności 4,8 litra, oraz maksymalnej mocy 315 KM. I właściwie tyle o nim wiadomo.


W czasach mniej więcej obecnych powstał też model w skali 1:43 sprzedawany przez firmę TMT Models:



2. Saab 900 Turbo AirFlow

Saab to dziwna marka i często jej autami jeżdżą dziwni ludzie. Ale zdarzało się też, że za kierownicą szwedzkich aut siadali też kierowcy wyścigowi. Np. Fin, Leo Kinnunen, który w roku 1985 startował w skandynawskich wyścigach dość ciekawym egzemplarzem modelu 900 Turbo. Auto miało mocno rozbudowaną aerodynamikę, nieco przywodzącą na myśl Audi quattro S1 E2. 


Niestety, w dziesięciu startach metę udało się osiągnąć tylko trzy razy. Raz na 11-stym, raz na 9-tym i raz na 6-stym miejscu. Nie udało mi się znaleźć informacji o tym co później stało się z tym autem.

3. Ferrari 312T6 i 312T8

I powrót do Ferrari. W Formule 1 w latach 70-tych nagle pojawił się temat aut z większą ilością kół, niż cztery. Najbardziej znanym takim pojazdem jest oczywiście Tyrrell P34. Ale i Ferrari przez chwilę zastanawiało się nad pomysłem 6-kołowego auta wyścigowego.

Tak powstał 312 T6. Zastosowano w nim podwójne tylne koła. Jak w Auto Union Typ C do wyścigów górskich (Bergrennwagen). Albo jakimś cięższym dostawczaku. 


Samochód powstał latem 1977 roku. Rozpoczęto testy na torze Fiorano. Za kierownicą usiadł Carlos Reutemann. Oto jego wrażenia:
 Na Fiorano jest garb jak się przejeżdża przez mostek i kiedy jedziesz szybko, auto ma tendencję do lekkiego podskoku, po czym mocno osiada na zawieszeniu. Jechałem tam sześciokołowcem po raz pierwszy i myślę, że udało mi się nim zrobić z 10-11 okrążeń. Na dwunastym zacząłem się bardziej rozpędzać. Jak przejeżdżałem przez garb, zamiast jechać dalej normalnym torem, auto nagle skręciło mocno w lewo, pojechało w barierę i zaczęło się palić. Stało się to właśnie w momencie, gdy Enzo Ferrari wjeżdżał na Fiorano i wszyscy bardzo fajnie się zachowali gdy wróciłem do boksów: "Dlaczego rozbiłeś nasz samochód!?" Tego typu rzeczy. No ale naprawili go i kilka tygodni później spróbowałem jeszcze raz. Oczywiście jechałem dużo bardziej ostrożnie i po kilku okrążeniach poczułem jak coś puszcza w tylnym zawieszeniu. Dojechałem powoli do boksów. Powiedziałem mechanikom, że nie chciałbym więcej jeździć tym samochodem.
Najwidoczniej dodatkowe koła stanowiły zbyt duże obciążenie dla tylnego zawieszenia samochodu. Nie jest do końca jasne, po co Ferrari w ogóle testowało to rozwiązanie (312T6 jeździł też Niki Lauda) - auto o tak dużej szerokości nie spełniałoby regulaminu technicznego Formuły 1.


Niedługo potem we włoskiej prasie pojawiło się jednak to zdjęcie:

Tak, ośmiokołowy samochód Formuły 1! Miał się nazywać 312T8. Po pewnym czasie okazało się jednak, że to tylko fotomontaż, który Ferrari wypuściło by wzbudzić zainteresowanie i namieszać w głowach konkurencji.

sobota, 26 marca 2016

Wirtualna Motohistoria: Grand Prix Legends

Dziś nietypowy wpis, bo o grze komputerowej. Pomysł pojawił się na automobilownia.pl, przy okazji tamtejszego wpisu o torze Spa-Franchorchamps i dyskusji w komentarzach z autorem. No więc do rzeczy.


W 1998 roku na rynek weszła gra pod tytułem Grand Prix Legends (dalej zwane GPL). Wydała ją firma Sierra Entertainment, zaś stworzyło studio Papyrus Design Group, znane dotąd z gier przedstawiających wyścigi Indy Car i NASCAR. I to całkiem realistycznie. Na ile było to możliwe w tamtych latach, śmiało można było nazwać je symulatorami. Ja wtedy nie miałem jeszcze komputera, ale gdy już go dostałem, to jedną z pierwszych gier, które naprawdę dobrze pamiętam było NASCAR Racing 2, w które grałem jakieś parę lat po premierze, bo wcześniej komputera nie miałem. Ten tytuł w znacznej części odpowiada za trwającą u mnie do dziś fascynację serią NASCAR (a w konsekwencji niektóre wpisy na blogu np. ten: link). Ale wracamy do GPL.

Gra przedstawia sezon 1967 Formuły 1. Są prawie wszystkie auta z tamtego roku (a przynajmniej te, które startowały w większej części sezonu), choć nie wszystkie nazywają się zgodnie z oryginałami. Mowa tu o Hondzie RA300 i Cooperze T81B. Ze względu na problemy z uzyskaniem licencji, samochody te wystąpiły w grze jako Murasma i Coventry. Na szczęście są dostępne modyfikacje, które zmieniają ich nazwy na poprawne. Poza nimi, jest też Ferrari 312 (bardzo przyjemnie się prowadzi), Lotus 49 (szybki, choć trudny do opanowania), Brabham BT24, Eagle-Weslake T1G, no i BRM P115. Tak, to ten z H16, o którym pisałem już na blogu (link) - w grze też jest absurdalny, wolny, ciężki i awaryjny. Czyli odwzorowany realistyczne! Bardzo lubię nim jeździć.

BRM P115 wygrywa GP Meksyku - takie rzeczy tylko w grach
Nie są odwzorowane jednak zmiany kierowców w trakcie sezonu. Do tego brakuje np. Jackie Stewarta - nie uzyskano zgody na udostępnienie wizerunku i nazwiska, a np. w BRM jeździ Jean-Pierre Beltoise, który w realnym świecie dołączył do brytyjskiego zespołu dopiero w 1972. Oczywiście są w internecie odpowiednie modyfikacje, które te błędy poprawiają.

Odwzorowanie torów jest już dokładniejsze, choć też nie do końca. Grand Prix Francji w grze jest rozgrywane na torze Rouen-Les-Essarts. W rzeczywistości odbyło się ono na LeMans Bugatti (taki krótszy układ wewnątrz La Sarthe). Zmiana była podyktowana tym, że tor Bugatti nie cieszył się popularnością nawet wśród kierowców F1 z 1967 i był uznawany za zbyt nudny. Reszta torów zgadza się jednak z sezonem 1967. Jest nawet pełna pętla Nurburgring! O ile się nie mylę, to był to chyba pierwszy przypadek, kiedy Nordschleife pojawiło się w grze komputerowej. jest też oczywiście i dawna wersja Spa-Francorchamps. Trasy są dokładnie odwzorowane i naprawdę jest wyzwaniem nauczyć się po nich jeździć.

Gra oferuje trzy dość standardowe tryby: trening, pojedynczy wyścig i mistrzostwa (plus tryb online). Są trzy poziomy trudności: na najniższym (Novice), auta dysponują znacznie pogorszonymi osiągami i wyłączony jest model zniszczeń. Plus oczywiście kierowcy sterowani przez komputer jeżdżą dość powoli. Na średnim (Intermediate) osiągi auta i umiejętności AI są nieco lepsze, a model zniszczeń jest już obecny (choć nadal uproszczony), zaś na najwyższym (Pro) mamy już pełną moc F1 i przeciwników, którzy robią czasy okrążeń mniej więcej zbliżone do tych, które faktycznie osiągano na torach w 1967. Do tego pełny model uszkodzeń, o którym nieco później.

Nie da się jednak wybrać kombinacji np. mocne silniki, średnie zniszczenia i słabe AI. Chcesz jeździć z pełną mocą, to musisz walczyć z najsilniejszymi przeciwnikami itd.


Niestety, nie da się też dowolnie definiować ilości okrążeń - każdy poziom trudności ma przypisany konkretny dystans do przejechania na danym torze w trybie pojedynczego wyścigu lub mistrzostw. Tylko dla trybów Intermediate i Pro można wybrać między długim (połowa dystansu prawdziwego GP) i krótkim (1/4 dystansu GP) wyścigiem. Plus jest jeszcze opcja rozegrania pełnego dystansu Grand Prix (tylko z najszybszymi autami, pełnym modelem uszkodzeń i najlepszym AI).

Przed wyścigiem jest sesja treningowo-kwalifikacyjna (czas również zależny od poziomu trudności). Osiągnięty wynik przełoży się na pozycję na starcie. Można sobie przy okazji popracować nad ustawieniami auta.


No właśnie: ustawienia auta. To był jeden z głównych problemów z GPL. Standardowe ustawienia samochodu gracza są absolutnie katastrofalne. Zawieszenie jest ustawione bardzo nisko, a do tego jego skok jest minimalny. Plus rozjechane są wartości dobicia i odbicia amortyzatorów. I dyferencjał. Wszystko źle - z takimi nastawami absolutnie nie da się jeździć! Dlatego trzeba to zmienić. No i tu jest kolejny problem  - owszem, wszystko da się zmienić, ale potrzebna jest do tego pewna wiedza. W grze nie ma żadnej pomocy z tym, więc jak ktoś ma małe pojęcie o ustawieniach zawieszenia w starych autach Formuły 1, to ma pod górkę. I to bardzo. Dopiero w późniejszych tytułach studia Papyrus, pojawiały się podpowiedzi po kliknięciu prawym przyciskiem na dany parametr. W GPL tego nie ma i albo trzeba się dokształcić, albo... skorzystać z pracy innych. W internecie jest sporo gotowych ustawień udostępnionych przez graczy. Niestety, część linków wygasła, a część tych ustawień jest dość specyficzna. Osobiście polecam ustawienia Alison Hine (link) - można na nich pojechać naprawdę szybko, a jednocześnie auta zachowują się dość przewidywalnie (jak na bolidy F1 z 1967). Po drobnym dostosowaniu pod swój styl jazdy, mogę na nich bez większych problemów walczyć z AI na najwyższym poziomie trudności.

Czas więc na wrażenia z jazdy. No jest trudno. Pierwszy mój kontakt z GPL był jakoś niedługo po zakupie pierwszego komputera (w 1998 roku, a więc i niedługo po premierze gry) - dorwałem demo, gdzie był tor Watkins Glen i jeden samochód (już nie pamiętam który). Nijak nie mogłem przejechać okrążenia. Raz, że to była jedna z pierwszych samochodówek w jakie w ogóle zagrałem. Dwa, że grałem na klawiaturze. A jeżdżenie w GPL przy pomocy klawiatury, przypomina pisanie bloga kierownicą.


Ileś tam lat później zrobiłem drugie podejście. Już z kierownicą. Okrążenia już kończyłem, ale nie dałem rady dogonić przeciwników na poziomie wyższym od Novice, w porywach Intermediate. I tak sobie od czasu do czasu wracałem i się zniechęcałem aż dopiero teraz jestem w stanie usiąść do GPL i z marszu, bez większych problemów pokonać AI na najwyższym poziomie trudności i wygrać wyścig (nawet BRM-em). Żadna inna gra mi tak nie dołożyła... W każdej objeżdżanie najszybszego AI było kwestią maksimum miesiąca. W GTR2, czy Race07 (które nie tylko ja uważam za naprawdę świetne, realistyczne gry wyścigowe) wygrywałem z marszu na najwyższym stopniu trudności, a także w trybie multiplayer z innymi graczami. No ale tam są nowoczesne auta, a nie stare F1. W GPL pokonanie wirtualnych Jima Clarka i Grahama Hilla zajęło mi 18 lat z przerwami. No, czasem przerwy były i kilkuletnie. Oczywiście da się szybciej - trzeba się tylko uprzeć i nie zniechęcać po kolejnej wizycie na barierach podczas rozpaczliwych prób obronienia przedostatniego miejsca.

Model jazdy jest absurdalnie trudny - każdy samochód ma pełno mocy, mało masy (do tego umieszczonej głownie z tylu), prehistoryczne opony i zero docisku aerodynamicznego. I czuć to w w grze. Bardzo! Żeby tymi autami pojechać szybko, trzeba być ekstremalnie płynnym. A i tak samochód będzie się ślizgał na wszystkie strony. Kiedyś było to uznawane za ultrarealistyczne. Szybko jednak wyszło, że model jazdy jest nieco przesadzony. Ja rozumiem, że auto F1 z 1967 roku to nie jest łatwy wóz w prowadzeniu. Ale walka z kierownicą przy poniżej 20 km/h jest kiepskim żartem. Przy tylu to i Polonez skręca bez problemów. Paradoksalnie, właśnie przy niskich prędkościach wyłazi najwięcej niedociągnięć modelu jazdy - jazda w GP Monako jest przez to niezbyt przyjemna. Na szybkich torach jest zdecydowanie lepiej - może dlatego, że jadąc 300 km/h w BRM P115 na Spa i tak nikt nie spodziewa się przyczepności. Istnieje niepotwierdzona plotka, że sam Jackie Stewart spróbował kiedyś GPL na jakimś pokazie i stwierdził, ze prawdziwe auta F1 z 1967 były łatwiejsze do opanowania.
Słynna szykana Masta Kink na Spa-Francorchamps
Ale mimo niedociągnięć, absolutnie nie da się powiedzieć, że model jazdy jest słaby. Jak weźmiemy poprawkę na przyczepność opon, to jeździ się naprawdę fajnie. Hamowanie też nie jest łatwe i należy się postarać, by nie blokować kół, a jednocześnie skutecznie spowolnić auto. Każdy samochód oczywiście powadzi się inaczej. Eagle jest najszybsze na prostych, Cooper jest bardzo prosty do opanowania, BRM jest tak straszny, że aż wspaniały, itd. Każda zmiana w ustawieniach auta jest też odczuwalna na torze. Tak w ogóle, jeśli ktoś zechce zagrać w GPL, to polecam Ferrari 312 właśnie z ustawieniami Alison Hine - jak dla mnie idealny kompromis prędkości i przyjazności dla kierowcy (jak na GPL).

Jest też nieco zasymulowana aerodynamika - konkretnie chodzi o zjawisko tunelu aerodynamicznego mające miejsce, gdy jedziemy blisko poprzedzającego samochodu. Choć nie jestem pewien, czy nie jest ono zbyt silne. W końcu te auta nie miały spojlerów. No ale ja nigdy w rzeczywistości nie jeździłem autem F1 z 1967 roku z takimi prędkościami, więc ciężko mi to ocenić.

Oprócz tego mamy jeszcze model zniszczeń. Jest dość zaawansowany jak na 1998 rok. Można uszkodzić zawieszenie, także urwać koło. Przesadne szarżowanie może spowodować awarię silnika (od przerywania i spadku mocy po wybuch i koniec jazdy). 


Można też przebić oponę. I z tym jest problem - w GPL nie ma zasymulowanych zjazdów do boksów. Owszem, w tamtych czasach przejeżdżano wyścig na jednym komplecie opon i bez tankowania, także to nie problem. Ale jak się przebije oponę to oznacza to właściwie koniec wyścigu, bo nie ma jej jak zmienić. O ile rozumiem, że mechanicy nie są w stanie szybko naprawić wysadzonego silnika, to w to, że nie potrafią zmienić koła jakoś nie chce mi się uwierzyć. Swoją drogą to dziwne, że w starszym od GPL, NASCAR Racing 2, jak dobrze pamiętam programiści Papyrusa dali rady zaimplementować pit-stopy. No cóż, niby da się jechać i z przebitą (albo i uszkodzonym zawieszeniem), ale opanowanie samochodu z trudnego, staje się niemal niemożliwe.

A uszkodzić samochód jest łatwo. Czasem wystarczy nawet stosunkowo lekki kontakt z barierą, czy innym zawodnikiem. Tym bardziej, że AI potrafi być agresywne. I do tego nie zawsze patrzy w lusterka. W sumie to często trzeba na nich uważać, bo robią naprawdę niebezpieczne manewry. Ale co ciekawe, zdarza im się też popełniać błędy - pojechać zakręt za szeroko, zderzyć się z innym autem, bądź po prostu wypaść z trasy. Jak na 1998 rok, to jest zupełnie nieźle!

Mamy też stojących na poboczu sędziów z flagami - czasem potrafią oni naprawdę pomóc. Wywieszą żółtą jeśli niedaleko stoi rozbite auto, białą jeśli za zakrętem porusza się powoli jakiś uszkodzony samochód itd.


Ogólnie wygranie wyścigu na poziomie Pro, dostarcza ogromnej satysfakcji. Do tego po zawodach gra pokazuje wyniki w postaci artykułu z gazety z wygenerowaną treścią odpowiadającą rezultatom!

Autobezsens F1 team...
Jakby tego było mało, to jeśli w trybie mistrzostw zapewnimy sobie tytuł, to w tej "gazecie" również zostanie to odnotowane. Włącznie z tym, czy zrobiliśmy to [cytat] "...w wielkim stylu, również wygrywając wyścig". Niby drobnostka, a jak cieszy!

 
A co ze stroną audiowizualną? No standardowo to jest 1998 i tyle - pikselowo, ale porządnie (gra miała w momencie premiery duże wymagania sprzętowe). Dźwięki też nijakie. Ale od czego są tworzone przez fanów dodatki? W obecnych czasach instalacja GPL polega na ściągnięciu czegoś co nazywa się GPL2004 Demo* i dorzucenia do niego zawartości z pełnej wersji gry (czyli torów, bo demo ma wszystkie auta). Ta wersja demonstracyjna ma powgrywane wszystkie patche oraz ulepszenia grafiki i dźwięku, które powstały przez 6 lat od premiery gry. I wtedy już estetyka staje się całkiem przyjemna dla oka (choć nadal widać, że to tuningowany 1998 rok - cudów nie ma). Wszystkie screenshoty które zamieszczam w dzisiejszym wpisie pochodzą z wersji 2004. Dodatkowym bonusem jest to, że stworzone przez fanów dodatkowe trasy można dorzucać do dema nawet nie posiadając pełnej wersji gry!

Tak, tekstury twarzy kierowców, w wersji po update'ach, się różnią.
Dźwięki w poprawionej wersji są niezłe, ale nadal czegoś im brakuje. Niektóre auta mają tak irytujące brzmienie, że ciężko wytrzymać wyścig. Choć to akurat może być problem sprzętowy u mnie - musiałem ograniczyć sprzętowe przyspieszenie dźwięku bo na maksymalnym brzmienie było tak zniekształcone, że nie dało się grać.


Jeszcze mała uwaga co do strony wizualnej - tu też twórcy postawili na realizm - nie ma żadnego HUDa, nawet wskazującego wybrany bieg. Trzeba patrzeć na dźwignię zmiany biegów (animowana, a jak!) i wskaźniki na desce rozdzielczej auta. Które niestety w kilku samochodach są częściowo zasłonięte kierownicą. Prosty HUD pojawia się tylko przy widoku zza auta. Ale wtedy nie da się w ogóle wyczuć samochodu i ogólnie jeździ się nieprzyjemnie - tylko widok z kokpitu!

Nie ma nawet opcji spojrzenia w tył po naciśnięciu jakiegoś przycisku - tylko na boki (tak o 45 stopni). Od patrzenia w tył są lusterka wsteczne! I dobrze, dzięki temu można naprawdę się wczuć w klimat F1 z tamtych lat. Zero ułatwień, maksimum trudności - totalnie na odwrót niż w obecnych grach.

A po wyścigu można sobie obejrzeć powtórkę. Są dostępne różne kamery, jest nawet opcja wycięcia fragmentu powtórki (np. żeby pokazać komuś najlepsze okrążenie). Ogólnie tryb powtórek w GPL jest jednym z najlepszych, jakie widziałem w grach - nawet obecne tytuły mają często mniej rozbudowaną tą funkcjonalność.


Jest jeszcze tryb multiplayer. Obecnie trzeba go uruchamiać przy pomocy zewnętrznych narzędzi stworzonych przez fanów. Niestety, jeszcze nie udało mi się zmusić go do działania - za każdym razem jest błąd przy podłączaniu do serwera. Z reszta, mało kto już gra online w GPL i tak. Na serwerach są pojedyncze osoby.

No właśnie, GPL jest już nieco zapomniane. Jak było nowe to odstraszyło wiele osób swoim potwornie wysokim poziomem trudności. Dziś z kolei bywają problemy z uruchomieniem go na nowszych systemach. Choć swego czasu gra miała dość sporą rzeszę zwolenników. Dziś wiele linków do stron miłośników GPL jest już niestety nieaktywnych, ale da się jeszcze sporo znaleźć. Są dostępne np. modyfikacje pozwalające na start w innych sezonach, niż 1967. Mi bardzo przypadł do gustu sezon 1969 gdzie, dzięki uporowi twórców tego moda, udało się nawet zasymulować docisk aerodynamiczny!

Modyfikacja dodająca sezon 1969 - tak, udało mi się nie rozbić, a nawet wygrać!
Ogólnie dziś GPL stanowi głównie ciekawostkę. Choć jeśli ktoś ma czas i chęci zapoznać się z nim bliżej to raczej nie będzie rozczarowany. 18 lat po premierze, wygranie wyścigu nadal potrafi dostarczyć gigantycznej satysfakcji, a odwzorowanie klimatu dawnej F1 jest tu naprawdę wspaniałe. Może właśnie spotęgowane przez ten ekstremalnie trudny model jazdy: tutaj rzeczywiście czuć emocje, kiedy zbliżamy się np. do Masta Kink, a za plecami czai się wirtualny Jack Brabham i próbuje nas wyprzedzić! I ta świadomość, że jeden minimalny błąd może zakończyć wyścig... no fajnie jest! Jednocześnie strasznie i fajnie... dziwna gra.

Innymi słowy: ekstremalnie trudna, stara gra o samochodach, w której jest możliwość jeżdżenia BRM z silnikiem H16 - to jest jednak temat na Autobezsens!

*obecnie wyszła zaktualizowana wersja, GPL2020 demo, i to ją polecam ściągnąć

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL



Archiwum