niedziela, 27 kwietnia 2014

mix 126p i nie tylko

Dziś krótki mix ze sporą zawartością 126p. A także trochę obciachowego tuningu i ładny klasyk.Ogólnie wrzucam kilka starych zdjęć, dlatego dziś wiele fot jest mniejszych, niż zazwyczaj. Choć niektóre da się powiększyć po kliknięciu.

Zaczynamy od popularnych Maluchów


Czarne tablice, sfotografowany w okolicach kościoła. Stan przyzwoity, spatynowany.


Czarne blachy, stan nieco lepszy. Był kiedyś na stadobaranów.pl


Twór opary o 126p. To się nazywało chyba Colo. Spotkane dość dawno, więc zdjęcie nie najlepsze.


Podwójny pasek przez całe nadwozie. Czyli, jak to się mówiło w czasach świetności obciachowego tuningu, tzw. "ślad Małysza".

Zastanawiało, ze samochód był pozostawiony z otwartym dachem, a właściciela nie było w pobliżu.


Niestety, niektóre 126p kończą mniej chwalebnie - pod kołami zbudowanego na Politechnice Białostockiej Monster Trucka. Mechanika: Star, kabina: ZIŁ


Na Politechnice można też zobaczyć UAZa



Słabe zdjęcie, ale pod znaczkiem na klapie mamy napis "WYCZES".

A skoro już przy obciachowym tuningu jesteśmy:

Ofiarą tunera padła MX-3. W sumie mało szkoda - za tym autem nigdy nie przepadałem.

 
Sports Utility Vehicle. Choć raz z naciskiem na Utility.


Dobrze utrzymanych Skód Favorit nie ma wiele, ale jeszcze się zdarzają. Kiedyś moi rodzice mieli taką, tyle, że białą.

W Augustowie pojawił się VW T2 z miniaturką VW T2 na desce rozdzielczej.


Kończymy 2CV w stanie wystawowym.


Jak byłem mały, to dostałem model 2CV (mam do dziś!). Ale sie zastanawiałem, co to za "czterodrzwiowy Garbus".

czwartek, 24 kwietnia 2014

F&F: Fast & From da past!

Ostatnio, przeglądając Internet trafiłem na zdjęcia auta, które kiedyś rządziło na polskiej scenie tuningowej. Mowa o Oplu Calibra LTS. Auto było demonstracją możliwości firmy Luksusowe Tapicerki Samochodowe, stąd skrót LTS. Tak, czy inaczej powstał pojazd, który miał mieć wszystko, co było wtedy na topie w tuningu... i dużo więcej.

Jako baza posłużyła najpopularniejsza platforma tuningowa w naszym kraju. Czyli oczywiście Opel Calibra. Zdecydowano się na rzadko występującą wersję turbo 4x4. Czyli jedyną sensowną, jaką Opel produkował. Pozostałe nadają się najwyżej jako źródło silników do przekładek do lżejszych modeli. Na wyborze wersji jednak sensowność się skończyła.

Oczywiście w czasach świetności filmów (teraz już chyba serialu, biorąc pod uwagę ile części jest kręconych) z serii Szybcy i Wściekli, ważniejszy od jakichś tam osiągów był wygląd. Miało wyglądać szybko! Nieważne, czy umie jeździć szybko. Jak umie to bonus, ale to i tak sztuka dla sztuki. Co innego jakby jechało szybko, ale nie wyglądało – wtedy prawie było wstyd się czymś takim pokazać na zlocie tuningowym.

Wzięto więc chyba każdy trend tuningowy i zaaplikowano go do nadwozia. Plus dorzucono nieco inwencji własnej. Zacznijmy od przodu:

Oczywiście potrzebny był nowy zderzak. W końcu w tuningu, seryjne elementy to zło i muszą być wymienione. Nieważne, czy na lepsze.

Mamy więc gigantyczne wloty powietrza. O ile jeszcze turbodoładowany C20LET faktycznie mógłby z nich nieco skorzystać (intercooler itd.), to jakoś mam wątpliwości, czy te boczne otwory do czegoś służą.

Dalej mamy maskę. I tu zaczyna się nieco twórcze podejście do tuningowego tematu. Oczywiście standardowo, pokrywa silnika jest wydłużona i zakrywa przód oraz część reflektorów. Tylko zamiast standardowego bad-looka mamy osobliwe postrzępienie. Plus oczywiście wloty - dużo wlotów, to dużo stylu. Do tego pojedyncza wycieraczka. Natomiast zasłaniania w ten sposób części szyby nie widziałem nigdzie indziej.

Błotniki oczywiście poszerzono i wepchano w nie wielkie, chromowane felg. Świeci się, to jest bogato! Auto miało też hydrauliczne zawieszenie

Poszerzono też progi. A nad progami oczywiście lambo-doors. Swoją drogą właściciele różnych Lamborghini mogą czuć się pokrzywdzeni - każdy może mieć takie drzwi jak oni, ale oni nie mogą mieć drzwi jak każdy (nie dotyczy np. Gallardo).

O oczywistościach, jak lusterka w stylu BMW M3, nie  ma nawet co wspominać.


A z tyłu? Z tyłu auto nie przypomina już w ogóle Calibry. Zalepiono wszystko na gładko, oraz dołożono lampy tuningowe przeznaczone oryginalnie do Peugeota 206. Szkoda, ze nie słynne Lexus-looki. Ale to by było połączenie: Lampy od Peugeota, w stylu Lexusa, na Oplu. Wszystko zwieńczone czterema rurami wydechowymi. 

Dziwi natomiast totalny brak gigantycznego spojlera na klapie bagażnika. Z tuningowej pseudoaerodynamiki jest tylko daszek nad tylną szybą.

A ponieważ auto miało być demonstracją firmy od tapicerek samochodowych, wnętrze też musiało przejść totalną metamorfozę. 

Wszystko obszyto na biało, napchano wskaźników w deskę rozdzielczą, a potem dopiero zaczęto tuningować na poważnie. Co by nie mówić, fotela, który obracałby się tak, by łatwiej było wsiąść do auta, nie widziałem nigdzie indziej. Tak samo, jak kierownicy o tak osobliwym kształcie.

Oczywiście przebudowa tego co pod blachą (szpachlą?) nie skończyła się na przedziale pasażerskim. W bagażniku zrobiono potężną zabudowę audio. Do czego są potrzebne takie zabudowy w aucie, już się kiedyś zastanawiałem (przy okazji miksu tuningowego). Dalej nie mam pojęcia.

W obliczu powyższych, zabudowanie komory silnika nie robi już wielkiego wrażenia. Choć z drugiej strony, było to wizjonerstwo - w końcu komory silników obecnych seryjnych aut są równie obudowane.

Co by nie mówić o wyglądzie, to całość wydaje się wykonana porządnie. A na każdym zlocie tuningowym przyciągało tłumy. Z resztą sam fakt, że o nim do dziś pamiętam, świadczy o tym jakie zainteresowanie wzbudzało.

Ciekaw jestem, czy ta Calibra istnieje do dziś. Istnieje na pewno strona firmy LTS: http://www.lts-auto.pl. Po wejściu do galerii można tam znaleźć zdjęcia niebieskiego Opla w towarzystwie dwóch podobnych sobie tworów.

Inna sprawa, że natknąłem się też na zdjęcie opublikowane na forum Mazdy w 2009 roku,  które przedstawia nieco mniej ciekawy stan Calibry:

Mimo, ze to nieodłączna część polskiej, motoryzacyjnej historii, dziś wiele osób śmieje się z takich aut. Szczególnie chętnie robią to ci, którzy oblepili swoje samochody naklejkami, dołożyli żółte halogeny i chińskie podróbki alufelg. Za kilka lat, kiedy znów zmieni się tuningowa moda, z nich też będzie obiekt żartów. Największy ubaw będzie, gdy stanie się to wraz z wielkim powrotem spojlerowego tuningu spod znaku opisywanej Calibry.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Motohistoria: Mega Track

Crossovery kojarzą się przede wszystkim z okropnym połączeniem wszystkich wad SUVów i aut kompaktowych, ale bez zalet któregokolwiek z nich. Czas przypomnieć, że nie zawsze muszą być tak koszmarne.

W 1992 roku francuska grupa Axiam, znana z produkcji mikrosamochodów, powołała do życia nową markę. Skromnie nazwaną Mega. Miała się ona zająć produkcją aut sportowych. Ale, ponieważ to Francuzi, to nie mogli tak po prostu wepchać wielkiego V12 do lekkiego nadwozia i iść na kawę, jak to robią Włosi. Nie, oni musieli podejść do sprawy inaczej. Powstał pojazd o nazwie Mega Track.

Oczywiście V12 powinno być, najlepiej umieszczone centralnie. Skorzystano więc z pomocy Mercedesa i wykupiono sześciolitrowy silnik o mocy 394KM. Zdecydowano się go zamontować wzdłużnie, przed tylną osią. I tutaj podobieństwa z typowymi supersamochodami się powoli kończą.

Pomysł przenoszenia napędu na wszystkie cztery koła nie był jeszcze taki dziwny. Choć nadal dość nowatorski - inne V12 AWD, czyli Lamborghini Diablo VT zostało zaprezentowane dopiero rok później. 


Dziwne było zamontowanie wszystkiego w nadwoziu 2+2. Miejsce dla czterech osób i wzdłużnie umieszczone V12 - auto miało przez to ponad 5 metrów długości (dokładnie 5080mm). Dla porównania, wspomniane Lamborghini Diablo było ponad pół metra krótsze (4458mm). Skoro nadwozie jest tak długie, to musi być i szerokie - 2220mm. 18cm więcej, niż i tak szerokie Diablo.

Mając już ogromny silnik w ogromnym (jak na standardy supersamochodów nadwoziu) przyszedł czas na zawieszenie. I tutaj Francuzi stwierdzili, że nie ma na rynku nic, czym można by bardzo szybko jeździć w terenie. Dlatego zamiast typowego podejścia "nisko i twardo" zamontowali zawieszenie regulowane. Minimalna wysokość wynosiła 20cm, zaś maksymalna aż 33cm.

Specjalnie dla tego pojazdu zostały stworzone zostały opony Michelin, w rozmiarze 285/55 R20 z przodu i 325/50 R20 z tyłu.

W momencie premiery auto kosztowało dwa miliony franków. Do 2000 roku zbudowano pięć lub sześć egzemplarzy (różne dane z różnych źródeł)

Auta istnieją do dziś, co pokazuje ten filmik:


Ogólnie był to dość absurdalny samochód - mimo wszystko, nie przypominam sobie innego luksusowego supersamochodu, zdolnego zjechać z gładkich asfaltowych dróg. Podejrzewam, że poza torem, na pełnych dziur ulicach, okazałby się pewno szybszy od wielu konkurentów. Francuzi nieświadomie stworzyli idealne auto sportowe na nasze drogi. Inna sprawa, że zdolności terenowe miał też lepsze od wielu dzisiejszych SUVów i crossoverów. Sądzę, że gdyby ten samochód powstał dziś, zdobyłby sporą popularność np. w Rosji, gdzie jest sporo dróg o stanie podobnym do polskich, ale też sporo ludzi, których by było stać na zakup takiego auta.

piątek, 18 kwietnia 2014

Brighton Blast 2 - część motoryzacyjna

W poprzednim wpisie odwaliłem część turystyczną, teraz czas zająć się pojazdami sfotografowanymi przez te trzy dni.


Zaczynamy motocyklem samoróbką. Kolega, miłośnik motocykli, też nie był w stanie określić co to jest, więc uznaliśmy, że pewnie jakiś twór wedle inwencji właściciela.

Co podkreślał np. zestaw wskaźników.



Próbowałem sfotografować budynki, a załapał się VW T4 z nadbudówką. Ależ tym się musi ciekawie jeździć  przy bocznym wietrze.


I znów próba sfotografowania architektury, a wkradło się Volvo 340:


A tutaj już wiedziałem co chcę sfotografować: Honda Civic Shuttle w idealnym stanie


I tak powinna wyglądać każda starsza Honda Civic. A nie pseudo JDM tuning w stylu "więcej naklejek, niż KM" i żółte halogeny, które przecież tyle mocy dodają i tak poprawiają prowadzenie.

Zwykły Nissan Micra? Nie! Spójrzcie na znaczek! To zakamuflowany Tranformer!



A na jednej posesji stał sobie Datsun Bluebird


Chlapacze z nazwą marki. Czemu się tego teraz nie robi!? A, już wiem... W Hondzie i BMW nie mam w ogóle chlapaczy, to i nie ma na czym być logo producenta...


Po mieście w którym wszędzie wisiały tęczowe flagi bardziej się spodziewałem którejś z nowszych generacji Mini. Ale zostałem miło zaskoczony:


I takie powinno być nowe Mini - nieduże, lekkie i proste konstrukcyjnie. Wtedy nie będzie potrzeba skomplikowanego zawieszenia, by się dobrze prowadziło i dawało frajdę z jazdy. I oczywiście bez tego koszmarnego wnętrza nowych generacji.

Ford Consul mk2 w idealnym stanie. Typowy widok na ulicy Brighton.


A propos Fordów. Raz szliśmy z kolegą ulicą i w pewnej chwili zacząłem fotografować auto. Taki dialog wyszedł:
Kolega: Co to jest?
Ja: Ford Mustang
Kolega: TO JEST MUSTANG!?
Ja: Taa, ten, co go robili w latach 80-tych.
Kolega: TO JEST STRASZNE!!
Ja: Jeździłbym!
Kolega: PASKUDNE!!! TO NIE JEST MUSTANG!!
Ja: Jest, nawet podpisany.
Kolega: Widzę! Ale to nie jest Mustang! NIE WIERZĘ! NIE CHCĘ WIERZYĆ!!
Ja: Driftowałbym!
Kolega: A JA NIE!!
W każdym razie, oto Mustang mk3 z Brighton:


Mówiłem, że podpisany:


Ford z łóżkiem? Bedford!

Wielka Brytania to chyba jedyny kraj w Europie, gdzie można spotkać auta marki Perodua. Tutaj model Nippa. Korozja już chrupie:


A na ulicy stoi sobie też Triumph 2000/2500 mk2:


Niestety nie wiem, która to jest dokładnie wersja.

British car, to i British Petrol!

Blokada na kierownicy, plus ostrzeżenie o radioaktywności:

Bez sensu ta blokada. Skoro jest radioaktywny, to po co go kraść?

I to tyle z części motoryzacyjnej. Jadąc pociągiem na lotnisko Heathrow udało mi się jeszcze zrobić zdjęcie elektrowni Battersea. Znanej choćby z okładki płyty Animals zespołu Pink Floyd. Tylko wcale nie unosiła się nad nią wielka różowa świnia - Pink Floydy oszukali.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Brighton Blast 1 - część turystyczna

Zaczynamy wpis z Brighton. Miał być wcześniej, ale pewne bardzo nieprzyjemne okoliczności (śmierć psa) sprawiły, że nie mogłem się jakoś za to zabrać.

Relację z Brighton podzielę na dwie części - najpierw turystyczna, potem motoryzacyjna.

W zeszłym roku, na koniec lipca siedziałem sobie spokojnie w biurze. Spokój został przerwany pytaniem, czy mogę w następnym tygodniu pojechać do UK i coś tam niby mądrego porobić. Chętnie się zgodziłem. Dowiedziałem się też, że mam zabrać jeszcze kolegę do pomocy. Pozostało pytanie, do jakiego miasta lecimy. Brighton. Nic mi ta nazwa nie mówiła. Rzut oka na mapę. Ooo, jest nad kanałem La Manche (choć Anglicy mówią "English Channel"). Hotel bierzemy przy plaży. Fajnie. Co tam dalej ciekawego... Odpalam wikipedię, czytam, że jest letnia rezydencja Jerzego IV. Podobno bardzo fajna, trzeba będzie zwiedzić. Co dalej... plaża, życie nocne... no, za łażeniem po klubach nie przepadam, ale w sumie...I w pewnym momencie trafiam na takie zdanie: "It is often referred to as the gay capital of Europe". No to żeśmy trafili...

Ale jedziemy i tak. Poniedziałek. Lądowanie na Heathrow, krótka wizyta w biurze, w Staines i jedziemy taksówką do Brighton.

Wjeżdżamy do miasta, wszędzie tęczowe flagi, plakaty ogłaszające paradę równości w najbliższy weekend. Taksówkarz: "Oh man, this is gay town!". Coraz weselej.

No nic, po przyjeździe, pozostało się tylko pozbyć wyjątkowo wkurzającego Koreańczyka, który miał  nam pomagać. A przeszkadzał jak nic na ziemi.

W każdym razie roboty mieliśmy mało, więc można było nieco się rozejrzeć po okolicy przez te trzy dni pobytu. 

Wszelkie nadzieje na wylegiwanie się w słońcu na plaży załatwiła nam pogoda z huraganowym wiatrem, deszczem i temperaturami rzędu 13 stopni Celsjusza. Do dziś pamiętam jak szliśmy do hotelu (przy samym morzu, a więc tam, gdzie najbardziej wiało). Otóż obaj prawie czołgamy się po ziemi, osłonięci kapturami i parasolami, ledwo łapiąc oddech i modląc się, by ten wiatr nie pozrywał z nas kurtek, bo wtedy zamarzniemy. I wtedy zobaczyliśmy typową, brytyjską rodzinę: pan i pani w koszulkach z krótkim rękawem, wiozą dziecko w wózku. Żadnych parasoli, kurtek, nic. Spokojnie sobie idą. 

No, Anglia po prostu

W drodze do stacji bazowej sieci komórkowej, która mieściła się na wzgórzu trafiliśmy na sporą mgłę. W pewnym momencie nie widzieliśmy ani szczytu wzniesienia, ani podnóża.


W tej typowo brytyjskiej pogodzie mieliśmy jednak możliwość dotrzeć do wspomnianej na wstępie rezydencji. Idziemy sobie typowo angielską ulicą, w typowo angielską pogodę (mgła, deszcz, wiatr). Wokół puby, stare budynki itd. I nagle widzimy takie coś:

Co jest!? Hinduski pałac w centrum Brighton!?


Otóż Jerzy IV postanowił, ze zrobi sobie rezydencję w stylu orientalnym. Ale nie tak, że jakiś wazon chiński sobie wstawił w salonie. Ma być bardziej orientalnie od całego Orientu pomnożonego razy dwa! 


Z zewnątrz mamy coś tak totalnie niepasującego do reszty miasta, że ciężko zebrać myśli. W czasach, w których to powstało, musiało wyglądać tak, jakby dziś ktoś do Białegostoku przeniósł Taipei 101. 

Ale wykonane jest przepięknie.

O, temu panu zawdzięczamy taki widok.

W środku wypadają oczy od przepychu. Niestety, jest dość mocno pilnowany zakaz fotografowania. Wchodzimy i mamy rząd chińskich figur mniej więcej wielkości człowieka. Mają mechanizm, który sprawia, że kiwają głowami na powitanie. Miało to wprowadzić gości Jerzego IV w zachwyt już od pierwszych chwil pobytu.

Potem mijamy schody z balustradami, które wyglądają na wykonane z bambusa. Wyglądają. Jerzy IV kazał wyrzeźbić ze zwykłego drewna balustrady, żeby tak właśnie wyglądały.

I wtedy wchodzimy do sali bankietowej. No ładnie, zastawa, stylowe meble. A potem spojrzałem w górę. Jest tam ważący tonę żyrandol. Wykonany z drewna, ma u góry gigantyczną figurę smoka. Plus sześć mniejszych smoków, wyrzeźbionych tak, by światło wyglądało, jakby ziały z pysków ogniem. Jako, ze nie mogłem wykonać własnego zdjęcia, wspomogę się tym, co znalazłem w internecie:

Do tego jest jeszcze sala muzyczna z wspaniale udekorowanymi ścianami. Tym razem zamiast smoków mamy wijące się wokół kolumn, wyrzeźbione węże. Też nie mogłem zrobić zdjęcia, więc wspomagam się internetem.

Ogólnie tylko raz udało mi się uciec wzrokowi strażników:

Generalnie przepych wali po oczach z taką siłą, że nawet Passat B6 kombi TDi wygląda po tym biednie i nieprestiżowo. Bardzo polecam. Wstęp kosztuje 11 funtów, ale jeśli przy wejściu pokażecie, że ściągnęliście aplikację Brighton Museums na Androida lub iOS, to jest zniżka o jeden funt.

A propos Andoida i iOS:

A to pewno reklama Land Rovera Ewok czy jakoś tak:


Poza tym w Brighton jest jeszcze muzeum modelarstwa i zabawek. Jest niewielkie, w sumie bez szału, ale ma kilka ciekawych eksponatów.


Japonia, lata 60-te:

Bardzo dokładny model motocykla New Imperial. Miniatura w skali 1:6 została wykonana w 1932 roku.
Oprócz tego mamy bardzo dużo modeli kolejowych, w tym dwie działające makiety.

Można sobie też zobaczyć, jak zrealizowane zostało sterowanie kolejką:

A to jest coś co się nazywa Meccano, stworzone 1901 roku. Taki poprzednik klocków Lego. Było używane zarówno do zabawy, jak i do modelowania poważnych konstrukcji, w czasach, gdy nie było komputerów. 

Oprócz tego miniaturowe silniki i inne fajne maszyny:
A jak sie ktoś nie chcę bawić w inżyniera, to może się bawić w wojsko Jej Królewskiej Mości:


Jest też sklepik, gdzie dziwni ludzie zbierający stare zabawki mogą uzupełnić swoje kolekcje. Ceny ogólnie zaporowe, ale za 1 funta znalazłem model auta wyścigowego Matchbox z 1970 roku. No cóż, na pewno jest to nietypowa pamiątka.

Ostatnim fajnym miejscem, jakie udało mi się odwiedzić w Brighton jest mała jadłodajnia o nazwie Burger Brothers. Zazwyczaj biorąc się za jedzenie w UK rozważam, czy leki na niestrawność zażyć od razu po, czy może jeszcze przed posiłkiem. Tutaj było kompletnie inaczej. Po raz pierwszy zjadłem coś z lokalnej kuchni i na prawdę było pyszne. Lokal nie zachwyca wystrojem, ale burgery robią na prawdę świetne!


To tyle z części turystycznej, w następnym wpisie zajmę się autami, które udało mi się przez te kilka dni sfotografować.

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL