niedziela, 25 maja 2014

Przegląd i przemyślenia: tuningowe mody i obciach przyszłości

Spojlery, neony, oblepione siatką wloty powietrza, tuningowe zderzaki itp. rzeczy - dziś określane są mianem "wiejskiego tuningu". Kiedyś zaś wszyscy szaleli na ich punkcie i oblepione szpachlą Calibry, Golfy i BMW budziły zachwyt na rozmaitych zlotach. Dziś są wyśmiewane. Pozostaje się zastanowić, które z obecnych trendów tuningowych będą obciachem w przyszłości. Oto moje propozycje:

Stickerbomb

Jak wyczytałem kiedyś na speedhunters.com, początki tego trendu są całkiem sensowne. Jeśli ktoś używa swojego auta do driftu, to naturalnym jest, że na nadwoziu z czasem pojawiają się rozmaite rysy, wgniecenia i otarcia. W końcu bariery nie wybaczają. Drifterzy zaczęli więc nalepiać na swoje auta naklejki, bo lepiej naklejka, niż rysa. A lakierować nie ma sensu, bo na którymś następnym treningu/zawodach i tak dojdzie do ponownego kontaktu z przeszkodą. Oczywiście z czasem tych naklejek zaczęło się robić sporo. I co bardziej agresywnie użytkowane auta miały całe elementy nadwozia pokryte naklejkami. Zyskało to nazwę stickerbomb.

Tutaj jeszcze pluszak na zderzaku. Po co? Nie wiadomo. Sens? Brak.

Potem drift stał się modny. Każdy chce driftować, tylko większość nie ma czym. A skoro nie ma czym, to co bardziej zdesperowani zaczęli upodabniać swoje niedriftowalne przednionapędówki do wymarzonych, oblepionych naklejkami Nissanów S13, S14 itd. Doszło w końcu do tego, że nie trzeba już pracowicie lepić naklejka po naklejce - można kupić gotowe arkusze na metry i w jeden wieczór mieć tuning.


Stickerbomb zaczął się więc pojawiać na wszystkim, co ma koła. Ktoś nawet zeszpecił piękną bryłę Hondy Civic VIII:

Nalepia się to gdzie popadnie. Auta zaczynają dzięki temu bić po oczach pstrokacizną. Oczywiście właściciele tak "upiększonych" aut uważają to za wspaniały tuning, tak totalnie różny od bijących po oczach kolorów Oplów Calibra sprzed kilku lat.

Oblepia się auta z zewnątrz i wewnątrz. Kiedyś blaszane dywaniki, dziś stickerbomb - sposobów na ból oczu jadących w aucie osób jest wiele.


Naklejki na tylną szybę

Kiedyś tzw. "lista zakupów", czyli naklejki z nazwami różnych firm produkujących części, była robiona na boku auta, tuż za przednim kołem. Oczywiście dziś jest to uznawane za dno, wiochę i wstyd. Za to robienie takiej samej serii naklejek na tylnej szybie, to styl i szyk. Zmieniła się jednak treść naklejek. Zamiast reklamować części, dziś nakleja się informację, jakim to indywidualistą jest naklejający i jego auto. To nic, że identyczne naklejki ma kilka milionów podobnych indywidualistów.

Moje ulubione:

-"daily driven" - mówiąca, że auto jeździ na co dzień. Cóż za osiągnięcie. Bo przecież tylko prawdziwy miłośnik tuningu jeździ na co dzień swoim autem. Mówiąc przy tym: "Reszta ludzkości, w seryjnych autach przecież jeździ tylko podczas pełni księżyca! Nie!? Naprawdę!? Jeżdżą na co dzień i nie mają naklejek!? Niemożliwe!".
Taka naklejka miałaby sens na jakimś zabytkowym aucie. Ale posiadacze zabytków mają na szczęście w większości dość rozumu, by nie oblepiać swoich aut bzdurami. Naklejki można więc znaleźć na np. Golfach mk2. Jeździć na co dzień Golfem mk2, to powód do dumy godny ogłoszenia całemu światu!


-"Low and slow" - niski i powolny. No rzeczywiście jest się czym chwalić. Auto obniżone tak, że ledwo jedzie. O obniżaniu będzie za chwilę. Naklejkę zaś można często znaleźć na autach z totalnie seryjnym zawieszeniem - miałem taką na E36 w momencie zakupu. Pierwsza rzecz, którą zrobiłem to pozrywałem tę i dwie inne bzdury.

-"4 doors, more W****s [angielskie słowo oznaczające kobiety lekkich obyczajów - ocenzurowane, bo chociaż na blogu chciałbym mniej bluzgać, niż zwykle]" i podobne ("P***y Wagon" też było na E36) - w skrócie, chwalimy się ile to kobiet przyciąga nasz pojazd. Do znalezienia na zardzewiałych Audi, VW, BMW i tym podobnych autach, które przyciągają co najwyżej innych facetów.

-"stance", "hellaflush", "fatlace" - ślepe podążanie za tuningową modą, o której poniżej.


Stance, gleba, hellaflush

Obniżanie auta do przesady. Połączone często z nachyleniem kół. Zarówno pochylanie kół, jak i obniżanie samochodu może poprawić jego prowadzenie. Ale tylko, jeśli pochylenie wynosi nie więcej, niż kilka stopni, a obniżenie nie sprawia, że kartka papieru na asfalcie staje się przeszkodą nie do przebycia. A tak niestety jest w przypadku opisywanych tu modyfikacji. Do tego naklejki na szybę, bijące po oczach kolory i mamy równie odpustowe auto, co opisywana niedawno Calibra. Z ta różnicą, że ta Calibra to wieś, a Calibra w stylu hellaflush, to cudo. Nie, drodzy czytelnicy, też nie rozumiem.

Wszystko wzięło się z myślenia, "jest nisko, to znaczy, że jest sportowo i fajnie wygląda". Celem wyleczenia z tego poglądu, zapraszam na dowolny KJS. Te auta mają problem z powolną jazdą nawet po gładkich drogach, drą opony jak wściekłe, ale ich właściciele mogą brać udział w konkursach w stylu "najniższe auto zlotu".

Pewne pozory sensu są zachowane, jeśli auto ma air-ride, bo wtedy można je podnieść i jechać. Nie wiadomo jednak w takim razie, po co je w ogóle obniżać. Na argument "bo fajnie wygląda" mam jedną odpowiedź: wygląda jakby nie mogło jechać.

Do tego wąskie opony na szerokich felgach. Ale o tym za chwilę.

JDM

Dotyczy japońskich aut. Zaczynało się to sensownie. Sprowadzano z Japonii części, które na naszym kontynencie nie były dostępne. Choćby silniki z japońskich wersji Civików Type R, które były mocniejsze od europejskich VTi. Do tego nastawienie na osiągi i był to tuning taki, jaki powinien być - zmieniający tylko to, co ma rzeczywisty wpływ na prowadzenie auta. A potem zrobił się modny. Jeszcze sprowadzanie japońskich zderzaków, gałek zmiany biegów itp. można zrozumieć. Ale zaraz zaczął się wysyp gadżetów w stylu JDM, tyle, że made in China. JDM-owe nakładki na pedały, JDM-owe nakrętki na koła, JDM-owe korki chłodnicy, JDM-owe dywaniki. Wszystko aż po JDM-owe naklejki. Trend, który zaczynał się delikatnie zmodyfikowanymi autami z dobrymi osiągami, skończył się na Civikach z seryjnym 1.3 lub 1.4 pod maską, na który założono kilka detali z logo Mugen (absolutnie nie zwiększających mocy), w nadwoziu oblepionym naklejkami "JDM as f***k", Domokunem, z obowiązkowymi żółtymi halogenami i kolorowymi nakrętkami na chińskich felgach. Swoją drogą tym chińskim felgom bliżej do Japonii, niż całej reszcie tego tuningu.


Do tego obowiązkowo żółto zielone "soshinoya". Dla większości posiadaczy tej naklejki jest to symbol JDMu, pokazanie, że ich samochód jest ultrajapoński. Dla Japończyków jest to oznaczenie świeżego kierowcy. Coś jak u nas zielony listek.


Ciekawe, dlaczego w Japonii szczytem tuningowej mody nie jest sprowadzenie sobie Poloneza, nalepienie na niego zielonego listka i opowiadanie, ze to jest taki tuning PDM (Polish Domestic Market)?


Cult

Ostatni krzyk tuningowej mody. Bierzemy niezbyt nowe, ale jeszcze nie zabytkowe auto, dajemy mnóstwo chromu, maksymalnie obniżamy zawieszenie i dorzucamy chińskie podróbki felg BBS. Bez BBSów nie ma cultu. Obowiązkowo potem narzekamy w internecie na wszystkich innych ludzi, którzy nie doceniają jaki to jest indywidualny (czyt. zrobiony jak milion innych) youngtimer. I parkują swoje bezduszne "plastiki" (nowoczesne, nie dość pochromowane auta) w odległości mniejszej, niż 10 metrów od naszego pojazdu.

Do tego częstym widokiem jest rdza. Rdza powstała nie w wyniku naturalnych procesów, a przez celowe smarowanie elementów nadwozia chemikaliami. Po co? Bo to wygląda tak klasycznie i retro podobno. Klasycznie jak Golf mk5:

Podobnie jak przy stance, hellaflush itp., częstym widokiem są opony np. 165/65 mm naciągnięte na felgę o dziesięciocalowej szerokości. Ktoś kiedyś, założy oponę rowerową na felgę o szerokości dwunastu cali (oklejoną stickerbombą z JDM-owych naklejek) i zamontuje na Polonezie Caro. Wtedy skończy się cały ten tuning - nic bardziej modnego, stance'owego, JDM-owego i cult'owego nie da się już wymyślić


Podsumowanie

Generalnie, to ja się cieszę, ze te wszystkie style są. Przyczynia się to do promowania motoryzacji. W końcu i tak zdecydowanie chętniej pójdę odwiedzić zlot aut, na którym jedyną konkurencją jest "kto ma bardziej wypolerowane felgi", niż na zlot ekologów, na którym uczestnicy konkurują w byciu najbardziej pomylonym fanatykiem zatruwania życia innym ludziom.

Tym bardziej, że wiele aut reprezentujących omawiane tu style jest zrobionych z umiarem, ze smakiem i na pewno nawet za kilka lat też będą dobrze wyglądać. Problemem są jak zwykle przypadki przesadzone.

A inna sprawa, że jak obecnie wyśmiewane Calibry staną się kiedyś "retro" i "vintage" i będą sprzedawane od 100 000 zł wzwyż, to ja będę mógł nawoływać na blogu do doceniania tych wszystkich cult'ów, stance'ów itd.

PS:

-Oczywiście ten podział jest sztuczny, style mieszają się ze sobą. Więc prosiłbym nie wytykać mi, ze jakieś auto to "nie cult, a stance!". Podział jest wprowadzony tylko po to, by ułatwić mi pisanie tego posta.

-Oczywiście ja się nie znam, zazdroszczę, hejtuję, jeżdżę seryjnymi autami. Bezcelowo niszcząc jedno z nich w zawodach, zamiast polerować, oblepiać stickerbombą i obniżać. Jestem okropnym, zakompleksionym blogerem - ja to mówię, więc wy już nie musicie.

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL



Archiwum