Dziś będzie inaczej, niż zwykle, bo o drogich i bardzo znanych autach. Miłośników starych, dziwnych pojazdów zapraszam kiedy indziej. Ale po drewnianym aucie z 1649 roku, wypada odreagować jakimś bardziej typowym dla motoryzacyjnego bloga tematem.
U niemal każdego, kto za swoje hobby uważa motoryzację, zainteresowanie samochodami zaczynało się od supersamochodów. Gapił się na nie człowiek w internecie i prasie motoryzacyjnej, czytał dane techniczne i porównywał je między sobą. Potem szedł do szkoły, by tej ofermie z innej klasy wybić z rudego łba pomysły w stylu "Aston lepszy od Ferrari!". Jak lepszy, jak wolniejszy!? Do tego brzydszy! I co niby osiągnął Aston w sporcie, w porównaniu do Ferrari!? Praktycznie nic! I tak przez kilka lat edukacji. Nie, żebyśmy do szkoły byli odwożeni czymkolwiek choć odrobinę przypominającym nasze wyidealizowane obiekty motoryzacyjnych marzeń.
Lata minęły i światopogląd się nieco zmienił. Bez obaw, nadal uważam Astony za koszmarne i brzydkie auta. Taki Opel wśród supersamochodów. A Ferrari za jeden z cudów świata. Choć nazwanie ich najszybszego auta "LaFerrari", fakt istnienia modelu California i robienie gigantycznych ilości głupich gadżetów z logo marki, wystawiają tą opinię na bardzo ciężką próbę. Doprawdy, nie zdziwi mnie już chyba nawet papier toaletowy z logo tej zasłużonej marki. Zmieniło się zaś postrzeganie supersamochodów jako takich. Nie, żebym nie chciał już szybko jeździć. Wręcz przeciwnie! Potrzeba prędkości rośnie cały czas. Tyle, że już nie kojarzy się ona z potwornie drogimi superautami. Bardziej z potwornie drogimi rajdówkami. Budowanymi od podstaw na bazie tanich, nieprestiżowych aut. Większe emocje wywołuje Skoda Fabia (w wersji S2000 oczywiście, bądź nadchodzącej R5), niż McLaren 650S.
Ferrari, Lamborghini, Pagani, Mclaren. Wszystkie te nazwy kojarzą się z osiągami, wspaniałym prowadzeniem, absurdalną ceną. No właśnie. Osiągi i prowadzenie. Ile z tych aut jest wykorzystywanych do autentycznie szybkiej jazdy? Zaglądamy na youtube, szukamy filmików z track day'ów itp. imprez i co widzimy? Mitsubishi Lancera Evo, Subaru Imprezę STi, jakieś Caterhamy, czasem Porsche 911 GT3. Do tego mnóstwo BMW i rozmaitych hot-hatch'ów. Supermegaegzotycznych supermegasamochodów nie ma. A jak się zdarzy, to prawie jak święto. I nawet wtedy zazwyczaj zostaje przegonione przez wspomniane Evo i STi.
Nie, żeby supersamochody się nie sprzedawały. Jeśli się przejedziemy do takiego np. Londynu, to zobaczymy ich na prawdę sporo. Czyli są. Stoją w korkach, bądź jadą z minimalną prędkością.
Co jakiś czas w czasopismach motoryzacyjnych pojawia się test kolejnego nowego cuda. Teraz będzie to prawdopodobnie Lamborghini Huracan. Piękny wygląd, mocny silnik, napęd na cztery koła, mnóstwo zaawansowanej technologii. No wymarzone auto na tor. Dziennikarze pojeżdżą nim właśnie po rozmaitych torach. Clarkson pozachwyca się w Top Gear. Powstanie milion edycji specjalnych w stylu "Dodaliśmy pasek na nadwoziu i małą, zieloną kropkę na kierownicy, a silnik osiąga 0,003KM więcej. To praktycznie nowe auto, dlatego nazywa się Ultrasupermagnifico!". W końcu o mistrzostwo w tworzeniu kolejnych, prawie nie różniących się między sobą edycji specjalnych biją się od lat właśnie Lamborghini (Gallardo) i Pagani (Zonda). A i tak zdecydowana większość tych aut będzie albo zbierać kurz w garażach, albo turlać się powoli w co bardziej reprezentacyjnych miastach.
Nie, żeby mi się to nowe Lamborghini nie podobało. Bardzo mi się wręcz podoba! Tak samo jak wielbię od lat każde Ferrari (poza California). Pagani Zondę też wielbiłem, zanim stała się karykaturalnie wręcz przesadzona. Ale pierwsze jej wersje są nadal piękne. Z radością bym nim jeździł po jakimś torze. Tyle, że mnie nie stać. A nawet jakby było mnie stać, to w okolicy nie mam toru. Co bym wtedy zrobił? Zamiast kupować Lamborghini, którym nie ma gdzie jeździć, kupiłbym jakieś Evo/STi (a jakbym już był na prawdę bogaty, to jakieś DS3 R5) i śmigał w rajdach.
A mimo wszystko, nawet w Białymstoku zdarza się czasem zobaczyć jakieś Lamborghini, czy Ferrari. Trochę Porsche też jeździ. A ja się zastanawiam: po co? W końcu nie dla sportowych emocji, bo omijanie wystających studzienek i dziur szczególnie emocjonujące nie jest. Obwieszone karmnikami dla sępów (fotoradarami) drogi też nie zachęcają do rozwijania dużych prędkości. Bogatego może i stać na mandat, ale punkty karne idą równo dla wszystkich, niezależnie od dochodów.
Dla lansu? "Patrz, mam niesamowicie mocne auto i nigdy tej mocy nie wykorzystam!". No nic tylko zazdrościć...
Chwalenie się "Patrzcie jakie mam drogie auto"? Rolls Royce też tani i mało prestiżowy nie jest. A użyteczny zdecydowanie bardziej.
Doprawdy nie mam już pomysłu, jakie zastosowanie ma taki pojazd w realnym świecie. Jako inżyniera też mnie trochę drażni, że powstają niesamowite silniki, skrzynie biegów itp. - wszystko po to, by auto w nie wyposażone nigdy ich nie potrzebowało.
Patrząc rozsądnie, mogliby do tego Huracana wstawić 1.9 SDi. Dołożyć jakąś atrapę silnika dla wyglądu i trochę głośników, z których leciałby dźwięk czegoś mocnego i benzynowego (o ile w ogóle da się zagłuszyć SDi). Napęd wystarczyłoby przekazywać tylko na jedną oś. W końcu na takim rozmiarze opon, jaki ma Huracan i z mocą SDi, nie byłby to chyba trudny do opanowania pojazd. Cenę można zostawić tą samą - zyski dla fabryki większe, a klient też zadowolony, bo może się chwalić, jaki jest bogaty, że go na takie auto stać.
No właśnie: patrząc rozsądnie. Ale jednak trzeba sobie zdać sprawę, że te auta z założenia nie są rozsądne. Mają być właśnie ucieczką od rozsądku. Spełnieniem marzeń o świecie bez ograniczeń prędkości. Powinny być szybkie, głośne, drogie, przesadnie skomplikowane technicznie, beznadziejne w użytkowaniu na co dzień i doskonałe na torze. Powinny umożliwić bicie rekordów okrążeń w komforcie skórzanego fotela i pięknego wnętrza. I takie są. Pytanie, które sobie zadaję nie powinno więc brzmieć "po co istnieją supersamochody?". Na to przed chwilą odpowiedziałem. Powinno brzmieć "dlaczego ludzie, którzy nie zamierzają się ścigać, kupują superauta?".
A tutaj już zupełnie nie mam pojęcia. Choć w sumie, w świecie, w którym Land Cruisery jeżdżą tylko po asfalcie, wożąc zakupy i dzieci do szkoły, parę marnujących się szybkich zabawek nie jest chyba czymś aż tak dziwnym.