czwartek, 6 lutego 2014

Przemyslenia: Przyszłość transportu to cofanie się w tył?

Tekst ten piszę drugi raz, gdyż poprzednia, w 90% ukończona, wersja poszła w diabły. Podziękowania należą się dla kilku idiotów z Google, którzy wymyślili, że nie da się wyłączyć autozapisu posta. Dzięki czemu przy omyłkowym skasowaniu treści, nowa (pusta) wersja została automatycznie zapisana, a przycisk "cofnij" stał się nieaktywny. Mistrzostwo świata! Dla zespołu, który tą część Bloggera opracowywał należy się jakaś nagroda typu Złoty Wpi***ol.

Do rzeczy. Dziś będzie nie do końca motoryzacyjnie. 

Jeszcze cztery miesiące temu mieszkałem w Warszawie. Lubię to miasto bardzo. Jest to takie miejsce, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie. Zarówno jeśli chodzi o prace, jak i poza nią (np. świetne drożdżówki w przejściu podziemnym na rogu ul. Emilii Plater i Alei Jerozolimskich). Do tego na ulicach jeździ sporo fajnych aut. Jednak samemu zmuszony byłem poruszać się komunikacją miejską. I to nie dlatego, że nie posiadałem samochodu. Po prostu miałem to szczęście, że pracowałem w centrum, w prestiżowym biurowcu. Niestety, jak to bywa z prestiżowymi biurowcami, dla pracowników nie zapewniono miejsc parkingowych. Tzn. zapewniono, w podziemnym parkingu, ale płatne. Można płacić za przyjeżdżanie do pracy! Genialne! Ewentualnie parkować na ulicy za jeszcze więcej. Z resztą i tak było ich sporo mniej, niż pracowników w budynku. W takiej sytuacji pozostała komunikacja miejska. W moim wypadku metro. 

Około 7:00 rano wsiadałem więc do wagonu na stacji Kabaty (bo tuż obok mieszkałem) i jechałem na stację Politechnika (bo tuż obok pracowałem). Podróż zajmowała około 20 minut. Fajnie? No nie do końca. O ile na początku jechało się przyjemnie (Kabaty to ostatnia stacja metra na południe, więc ludzi mało), to im dalej, tym było gorzej. Z wagonu nie wysiadał prawie nikt z pasażerów, za to wsiadało coraz więcej. Kulminacją była, położona w wybitnie paskudnej okolicy, stacja Wilanowska (mniej więcej połowa drogi). Właśnie tam wsiadał największy tłum. Oczywiście wśród pasażerów zawsze trafiał się przynajmniej jeden korzystający ze specjalnych słuchawek, które więcej dźwięku emitują na zewnątrz, niż do wewnątrz ucha. Do tego często jeszcze pojawiali się rowerzyści. To jest w ogóle szczególna grupa świrów - widzą, że nie ma gdzie wcisnąć człowieka do wagonu, ale uważają, że oni na pewno się wepchają ze swoim pojazdem. Są rowerzystami, to im wszystko się należy! Szaleństwo... Chcesz jechać rowerem? Wynocha na powierzchnie i sobie jedź! Chcesz jechać metrem? Zostaw ten cholerny rower w domu! A nie przejeżdżasz 13km metrem potem 100m rowerem i opowiadasz jak to dbasz o zdrowie i domagasz się wszędzie ścieżek rowerowych. Do tego widok smętnych, szarych, poirytowanych ludzi jadących do znienawidzonej pracy by spłacać kredyt zaciągnięty na 60 lat, za który kupili kawalerkę na osiedlu o nazwie w stylu "Villa Prestige". I tak wygląda ono jak zwykłe blokowisko, ale ma prestiżową nazwę. Wszystko to dzięki totalnie chorym cenom nieruchomości w stolicy - wśród osób z którymi pracowałem posiadanie kredytu na kilka dekad było równie oczywiste jak oddychanie. Czekam na moment, w którym każdy, kto mieszka w Warszawie dłużej, niż dwa lata dostanie z automatu przydzielony kredyt do spłacania. Ale tutaj odchodzę od tematu. W każdym razie po takiej przejażdżce wychodziło się z podziemi i bezmyślnie wlokło do biurowca. Normalnie marsz zombie. Tyle dobrego, ze po czymś takim człowiek się cieszył, ze już jest w pracy.

Cztery miesiące temu przeniosłem się z powrotem do Białegostoku. Dojeżdżam samochodem. Zajmuje mi to 10-15 minut. Jadę sobie w komforcie, słucham radia albo i nie, zależnie od nastroju. Nikt nie próbuje mi wepchać roweru na plecy. Parkuję na bezpłatnym parkingu.

I właśnie mnie takie przemyślenia nachodzą. Jazda własnym samochodem jest nieporównywalnie bardziej komfortowa od jazdy komunikacją miejską. Postęp zaś, w swoich założeniach, polega na tym, by żyło się wygodniej. Więc dlaczego próbuje nam się wmówić, że zakaz jazdy samochodami po centrum to przyszłość?! Dlaczego zmuszanie ludzi do tłoczenia się w komunikacji miejskiej jest przedstawiane jak postępowe?

Moim zdaniem dlatego, że tak jest łatwiej, niż przyjrzeć się co na prawdę powoduje, że mamy problem z zakorkowanymi ulicami. Według mnie problemem jest rozplanowanie miast i chore parcie wielu firm na to, by mieć siedzibę w centrum. Weźmy na przykład polski oddział Samsung R&D (gdzie pracowałem). Mieszczą się w trzech biurowcach. W jednym zajmują dwa pietra, w drugim trzy, w trzecim chyba jedno. Sam już nie wiem. Skutek jest taki, że pracownicy muszą biegać między budynkami, a i tak ciężko się zorientować co jest gdzie. Zdecydowanie lepiej by było mieć siedzibę nieco dalej, ale wszystko w jednym budynku. Ale nie - musiało być centrum. I takich firm jest pełno. Dzięki temu, rano 80% populacji miasta jedzie praktycznie w to samo miejsce i stąd mamy zapchane centrum.
Dla porównania, w Białymstoku zakłady pracy są w większości rozrzucone po obrzeżach. Dzięki czemu ruch rozkłada się bardziej równomiernie. Oczywiście władze i tak postanowiły zatruć życie mieszkańcom i wydzieliły na niektórych ulicach buspasy, którymi autobusy prawie nie jeżdżą. Do tego jest problem z niedostateczną ilością przejazdów przez przecinającą miasto linię kolejową. Ale mimo wszystko można się w miarę sprawnie poruszać samochodem. Zdaję sobie sprawę, ze Białystok jest nieporównywalnie mniejszy od Warszawy, więc siłą rzeczy nie będzie tutaj takiego zatłoczenia jak w stolicy. Jednak samo rozplanowanie miasta, mimo, że zapewne przypadkowe a nie świadomie, jest moim zdaniem bardzo sensowne. Uważam, ze skoro sprawdza się tu, to mogłoby się sprawdzić i w większych aglomeracjach. 

Ale niestety, przeprojektowanie całej stolicy, by nie było potrzeby zbierania większości mieszkańców codziennie w centrum raczej nie wejdzie w życie. Zamiast tego pojawi się zapewne więcej pomysłów promowania komunikacji publicznej. Dzięki czemu będzie jeszcze bardziej zatłoczona. I doskonale wiem, że nie stanie się tak tylko w Warszawie. Mniejsze miasta zapewne ślepo pójdą za tym przykładem, także Białystok. Z resztą, już idą (patrz wyżej wymienione buspasy). Zastanawiam się tylko, co będzie, jak będziemy mieli korki samych autobusów, a metro będzie zapchane już od pierwszej stacji? Będzie promowanie chodzenia piechotą i jeżdżenia rowerem? Szczególnie zimą i podczas gołoledzi to świetny pomysł. Prywatny samochód stanie się wtedy zapewne znów dobrem luksusowym, kaprysem dla bogatych. Dzięki czemu cofniemy się w tej kwestii do tyłu o ponad sto kilkadziesiąt lat. Obym się mylił.

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL



Archiwum