poniedziałek, 6 marca 2017

Motohistoria: podróże gokartowe

Znów wpis gokartowy. Tym razem jednak nie będzie chodziło o prędkość, jak w ostatnim wpisie o Superkarts, lecz o dystans. Otóż na początku lat 60-tych, niejaki William Glen Davis spojrzał na gokarta i pomyślał: "Tak! To jest idealny pojazd na podróż dookoła świata". Po pewnym namyśle jednak stwierdził, że może na początek wypadałoby rzecz przetestować na nieco krótszym dystansie. Czyli wyruszyć z Los Angeles, przejechać do Mexico City, a potem do Nowego Jorku.

Oczywiście taka podróż wymagała specjalnego gokarta. Jako baza posłużył model Spyder firmy Echo Engineering z Los Angeles. Pojazd został wyposażony w światła drogowe, światła hamulców, kierunkowskazy, a także tablice rejestracyjne (z podświetleniem!). Pewnym problemem było to, że wg. przepisów, światła przednie musiały być co najmniej 60 cm nad drogą. Ale to rozwiązano montując je na regulowanych wysięgnikach - w nocy podnoszono je na wymaganą wysokość, w dzień opuszczano, by nie przeszkadzały.

Jako silnika użyto jednocylidrowego, chłodzonego powietrzem dwusuwa produkcji firmy McCulloch. Oznaczenie: MC-10. Silnik ten oryginalnie był przeznaczony do piły spalinowej, ale firma McCulloch stwierdziła, że w gokartach też się sprawdzi. Za przeniesienie napędu odpowiadał łańcuch H.K.K. oraz aluminiowa oś Reed Engineering. Wykorzystano aluminiowe koła Hands, na których zamontowano ponacinane slicki. Na gokarcie znalazło się też miejsce na zapasowy silnik - tak na wszelki wypadek.

Aby gdzieś pomieścić zapasowe części i wszystko co potrzebne do podróży, ze sklejki zbudowano przyczepę, która mogła pomieścić 255 litrów bagażu. W tym 3-gallonowy (11,36 litra) kanister paliwa i 20-kwartowy (19 litrów) zbiornik na olej. Śpiwór przymocowano na szczycie przyczepy. Była ona wyposażona w takie same koła jak gokart.

William Glen Davis wyruszył w podróż 30-go września 1960. Oto pierwsze wrażenia z podróży:
Na drodze silnik McCulloch okazał się zupełnie wystarczający by napędzać gokarta z przyczepą. Używając początkowej mieszanki jednej kwarty oleju na każde trzy gallony benzyny, silnik pracował doskonale (później, po dotarciu, proporcje mieszanki zmieniono na 1:4). Moja prędkość podróżna szybko osiągnęła 50 mil/h (80 km/h), zaś średnie zużycie paliwa wynosiło 45 mil na gallonie (5,2 litra na 100 km), aż dojechałem w okolice Mexico City, gdzie zacząłem osiągać 74 mpg (3,2 litra na 100 km).

Zajęło mi całkiem długo by przyzwyczaić się do jechania godzina po godzinie w tak dziwnym pojeździe. Głośny układ wydechowy powodował problemy ze słuchem, a po wyłączeniu silnika na koniec dnia czułem się jak bokser po walce. Sztywne podwozie (gokarty nie mają zawieszenia) też nie pomagało, ale uświadomiłem sobie, że to są rzeczy, do których będę musiał się przyzwyczaić i pewnym czasie mi się to udało.
Kolejna niedogodność pojawiła się w okolicach Mexico City - chodziło o krowy, które miały zwyczaj wchodzić na drogę nie zwracając uwagi na dziwnego człowieka w miniaturowym pojeździe. William musiał mocno zwalniać przed każdym zakrętem, bądź też wyjeżdżając za wzniesienia, by ograniczyć do minimum ryzyko kolizji ze zwierzęciem.

Podróż do Mexico City zajęła Davisowi 20 dni, ale jak sam przyznaje, winę za to dość wolne tempo ponosi kilka dni spędzone ośrodkach wypoczynkowych Miramar i Mazatlan - wiadomo: ciepło, plaża, szum fal są zdecydowanie milszą perspektywą od wielogodzinnego terkotania 1-cylindrowego silniczka i braku zawieszenia. Po wyruszeniu z Mexico City, tempo się zdecydowanie poprawiło.

W Dallas, William Glen Davis zdecydował się na próbę podmienić silnik na zapasowy. Była to jednostka Power Products AH82 - nieco mocniejsza od dotychczas używanego MC-10. Pozwoliło to na łatwiejsze utrzymanie dobrego tempa podróży, przy porównywalnym z dotychczasowym zużyciem paliwa.

W stanie Georgia pogoda zaczęła robić się chłodniejsza i Davis musiał założyć kurtkę. W Południowej Karolinie kupił ciepłe rękawice. Ale dopiero zbliżając się do Richmond  w stanie Virginia, zima uderzyła na dobre. Nasz bohater trafił bowiem na najgorsze opady śniegu w tej okolicy od 12 lat. Podróż musiała zostać przerwana do momentu unormowania się pogody. Trwało to na szczęście tylko jeden dzień i po odmrożeniu silnika można było ruszyć w dalszą drogę.
Droga była relatywnie sucha, aż znalazłem się 50 mil (80,5 km) od Waszyngtonu, gdzie coraz częściej nawierzchnia pokryta była lodem i śniegiem. Ale potworny mróz i fakt, ze jechałem bez przedniej szyby (do tego zapewne w otwartym kasku, bo wtedy innych raczej nie stosowano - przyp. aut.) powodowało u mnie więcej udręki, niż oblodzone drogi. Mimo to, wiedziałem że było warto, gdy w końcu udało mi się wyłonić po nowojorskiej stronie Holland Tunnel i wjechać do Wielkiego Miasta.
Będąc już w Nowym Jorku, Davis od razu rozpoczął planowanie podróży do Europy. W tym czasie poznał rysownika, Stana Motta. Mott był zachwycony pomysłem gokartowej podróży i postanowił dołączyć do wyprawy. Kupił więc gokarta marki Blitz i razem z Davisem, zbudował do niego podobną przyczepę, oraz przystosował pojazd do wymogów poruszania się w normalnym ruchu drogowym. Zamontował także identyczny silnik Power Products, jaki napędzał wtedy gokarta Davisa.

Panowie zdecydowali się zmienić dotychczasowe aluminiowe koła na magnezowe, produkcji Go-Power. William Glen Davis dodatkowo profilaktycznie wymienił łańcuch.

No i tutaj następuje pewien problem. Otóż strasznie trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o dalszej podróży obu panów. Wiadomo, ze przepłynęli Atlantyk. Na pewno przez jakiś czas przebywali w mieście Tanger w Maroku. Trafili także do Włoch i przejechali przez Alpy (!) do Szwajcarii. Następnie dojechali do Paryża. Były podobno plany pojechania do Związku Radzieckiego, a nawet na Daleki Wschód, ale nic z nich nie wyszło. Nie wiadomo konkretnie z jakich powodów (prawdopodobnie organizacyjno-budżetowych). Obaj panowie wrócili do USA. Mimo wszystko, podróż i wytrwałość potrzebna do przejechania gokartem takiego dystansu, imponuje do dziś.


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL