środa, 29 czerwca 2016

Poznajemy tuning: Hi-Risers

Dziś oficjalnie nowa kategoria wpisów: Poznajemy tuning. Choć nieoficjalnie była na tym blogu obecna od dawna i do odpowiednich artykułów został dodany taki właśnie tag, żeby łatwiej było je wyszukiwać. W każdym razie dziś na blogu opisuję jedną z największych osobliwości świata tuningu: pojazdy zwane Hi-Risers, lub czasem Donk (wyjaśnienie nazwy za chwilę). Generalnie chodzi o takie auta:


Pojazdy te wywodzą się z południa USA, choć szybko moda rozprzestrzeniła się na cały kraj. Tamtejsi raperzy z jakichś przyczyn zapragnęli mieć auta równie wysokie jak SUV-y, ale jednocześnie zachowując klasyczną sylwetkę amerykańskich "krążowników szos". No dobra, nie do końca tak było. Generalnie stare duże limuzyny i coupe były popularne już dawno wśród tej subkultury. Przy czym każde takie auto miało montowane chromowane felgi. Im większe, tym lepsze. Tylko z czasem (przy dwudziestu czterech i więcej calach średnicy) felgi te przestały się mieścić w nadkolach. No to auta zaczęto podwyższać.


I to jak! Z czasem podwyższenie stało się celem samym w sobie. Do tego często przód podwyższano bardziej, niż tył. Po to by podkreślić opadającą linię dachu wielu aut stanowiących bazę dla Hi-Risers.

A bazy są różne. Najpopularniejszą na początku stanowił Chevrolet Impala piątej generacji (1971-1976). To właśnie od niego wzięła się nazwa "Donk". A właściwie od emblematu przedstawiającego impalę. Impala to zwierzę występujące w Afryce. Ale że przeciętny Amerykanin nie wie, że istnieje jakaś Afryka, to do emblematu przylgnęła nazwa "osiołek", czyli po angielsku "donkey". "Donkey" skrócono zaś z czasem do "donk". Nazwa ta zaczęła być w końcu przypisywana do wszystkich przerobionych w tym stylu aut.


Ogólnie najczęściej do przeróbki na "donks" wybierane są samochody oparte na ramie. Szczególnie te z lat 70-tych i 80-tych. Częstą bazą są auta zbudowane na platformie G-body koncernu GM. Choć ostatnimi czasy, miłośnicy absurdalnych prześwitów zabrali się się za auta z lat 90-tych. Oczywiście nie wszystkie - głównie za to co jeszcze wtedy było produkowane na ramie. Czyli Fordy Crown Victoria i pochodne: Mercury Gran Marquis i Lincoln Town Car. Czasami zdarzają się też przeróbki aut z nadwoziami samonośnymi, ale jest to mało popularne.


Przeróbka na "donk" jest wbrew pozorom dość skomplikowana. Mimo, że te samochody służą tylko do powolnego toczenia się i lansowania, to takie zestrojenie zawieszenia, by auto nie wywracało się przy najlżejszym skręcie też nie jest łatwe. Samo zawieszenie jest oparte głównie o części wzięte z samochodów ciężarowych. Do tego średnica kół wymusza zastosowanie dużo większych od seryjnych tarcz hamulcowych, szczególnie że auta bazowe zazwyczaj mają typowo amerykańskie hamulce.


Do tego wszystkiego oczywiście potężny zestaw audio. Jak jedzie "donk", to ma być słychać rap. A na koniec malowanie zwracające uwagę. I często neony do tego.


Ogólnie to te samochody nie mają totalnie sensu. Wyglądają absurdalnie i nie spełniają żadnej funkcji. Do tego moda na ten styl już przemija. Ale na Autobezsensie to właśnie takie tematy bardzo lubię opisywać!

wtorek, 21 czerwca 2016

Poznajemy sporty motorowe: Sidecar

Tak, dziś znowu temat związany nieco z jednośladami. I cześciowo z Wyspą Man (o której było już ostatnio). Otóż poza motocyklami i dawniej samochodami, w słynnym Tourist Trophy ściga się także to:


W sumie nie przypomina to z wyglądu ani motocykla, ani samochodu. Technicznie też sprawa jest nieco dyskusyjna. Angielska nazwa "sidecar" oznacza wózek boczny dołączany do motocykla. Całość wyjaśnia się nieco, gdy spojrzymy na historię tych pojazdów.



Pierwsze mistrzostwa świata w tej dyscyplinie rozegrano w 1949 roku. Początkowo były to faktycznie motocykle z doczepionym wózkiem bocznym - małą platformą, na której pasażer kładł się na prostych, lub z wychylał w odpowiednią stronę, zapewniając najlepszy rozkład masy na zakrętach. Jazda wymagała idealnej koordynacji obu zawodników. Każdy błąd mógł skutkować wywróceniem maszyny. Ścigano się głównie w Europie. W tym na słynnym torze Spa-Francorchamps. Tak, Eau Rouge jechane z twarzą przy ziemi (w przypadku pasażera). 

Jak wyglądały wyścigi, możemy zobaczyć na krótkometrażowym filmie dokumentalnym, w którym Stan Dibben, "pasażer" Erica Olivera, opowiada jak w 1953 roku zdobyli oni mistrzostwo świata na motocyklu Norton:


Cóż, mimo wykonywania ciężkiej i niebezpiecznej pracy, Dibben dostał tylko srebrny medal. Złoty zarezerwowany był wtedy dla kierowcy.

Tak jak w samochodach wyścigowych i normalnych motocyklach, również w opisywanej dziś dyscyplinie powoli zaczęła dochodzić do głosu aerodynamika. Motocykl zaczął nabierać bardziej opływowych kształtów, pojawiły się owiewki. Choć wózek boczny nadal był dość prosty. Poniżej film z wyścigu motocykli z koszem, gdzie jest już to widoczne. I to nie byle jakiego wyscigu - Tourist Trophy 1961 na Wyspie Man:


Film z 1963 roku jest zaś tutaj.

W latach 70-tych i 80-tych zaś nastąpił bardzo mocny rozwój tych pojazdów. Zrobiły się niższe, bardziej aerodynamiczne.



Powoli wózek boczny stał się integralną częścią całego pojazdu, a nie tylko dołączanym elementem. Zaczęto też odchodzić od techniki motocyklowej i zbliżono się do samochodowej. Na przykład w 1977 roku, George O'Dell wygrał mistrzostwa jeżdżąc m.in. pojazdem nazwanym Seymaz (korzystał z różnych motocykli podczas tego sezonu). Seymaz był o tyle rewolucyjny, że miał z przodu zawieszenie oparte o wahacz, zamiast motocyklowego widelca.


Rok później, zwyciężyła jeszcze ciekawsza konstrukcja. Rolf Biland został mistrzem jeżdżąc pojazdem BEO. Silnik został w nim umieszczony z tyłu i napędzał oba tylne koła. 
 
BEO
Na sezon 1979 FIM (takie FIA dla motocykli) postanowiła wprowadzić podział klas. Klasa B2A miała być dla tradycyjnych motocykli z koszem, zaś B2B, dla prototypów w rodzaju BEO i Seymaza.

Klasa B2B szybko wymknęła się spod kontroli - w tym samym roku jej mistrzem został Bruno Holzer jadący maszyną LCR. Ten pojazd nie miał już praktycznie nic wspólnego z motocyklem. Kierowca siedział w samochodowym fotelu, a do jazdy używał samochodowej kierownicy i pedałów. Drugi członek załogi stał się już pasażerem w pełnym tego słowa znaczeniu - miał leżeć na wózku bocznym i nie przeszkadzać.

źródło: http://www.lcr-sidecar.com
Klasę B2B zlikwidowano w 1980 roku, twierdząc że ma ona za mało wspólnego z motocyklami. Jednak protesty zespołów sprawiły, że przywrócono ją rok później w nieco zmienionej formie. Prototypy miały mieć motocyklowe sterowanie, napędzane tylko tylne jedno koło i wymagać aktywnego udziału pasażera w jeździe. 


W tej formie pozostaje ona do dziś. Klasa B2A zaś zniknęła przez zbyt małą popularność. Obecnie pojazdy te dzielą się na dwie kategorie, różniące się pojemnością silnika: F2 (600 ccm) i F1 (1000 ccm). W każdej z nich regulamin wymusza stosowanie silników 4-suwowych, o czterech cylindrach. Zawieszenie przednie oparte o wahacz jest dozwolone. Koła i opony są takie jak w wyścigach samochodowych.

Jak wygląda taki pojazd pod nadwoziem, można zobaczyć poniżej:



Można spotkać maszyny z silnikiem przed jak i za kierowcą. Ten drugi sposób montażu wydaje się bardziej popularny. Poniżej dane techniczne pojazdu klasy F1, budowanego przez LCR:
  • Karoseria: włókno węglowe
  • Podwozie: aluminiowe, nitowane i klejone, wózek boczny wykonany z połączenia włókna węglowego i aluminium. Dodatkowe elementy ochronne z włókien węglowych i kewlaru.
  • Hamulce: wentylowane tarcze z czterotłoczkowymi zaciskami zarówno z przodu jak i z tyłu.
  • Zawieszenie: wykonane ze stali chromowo-molibdenowej, amortyzatory Koni/Maxton,
  • Felgi:  przednia 9x13 cali, boczna 11 x 13 cali,  tylna 11 x 14 cali
  • Masa: około 225 kg
Przyspieszenie do 100 km/h zajmuje około 2,8 sekundy, a prędkość maksymalna wynosi 280 km/h, zależnie od zastosowanego silnika.

Mistrzostwa Świata składają się w tym roku z sześciu rund. Kalendarz można znaleźć tutaj

Oczywiście nadal jeździ się też po Wyspie Man:


I wersja totalnie odjechana, czyli pocketbike sidecar:


Osobną kategorią zaś są motocykle z koszem używane do motocrossu:


Cóż, wózek boczny wymyślono po to, by uczynić motocykl bardziej praktycznym. Ale skoro coś ma koła to można się tym ścigać. Więc w sumie wyścigi motocykli z wózkami bocznymi nie powinny wydawać się dziwne. Ale na Autobezsens trafiają i tak!

środa, 15 czerwca 2016

Motohistoria: pierwszy wyścig na Wyspie Man

Wpisy ostatnio są rzadziej, bo mam tyle spraw na głowie, że nie ma kiedy pisać. Ale spokojnie, nie znudziło mi się prowadzenie bloga! A teraz, do rzeczy:

O wyścigach motocyklowych na wyspie Man słyszeli niemal wszyscy. Jest to rzecz absolutnie niesamowita, wspaniała i piękna. Mimo, że sam nie jestem fanem motocykli, to Isle of Man TT (a także Manx GP) wielbię straszliwie. Choć sam bałbym się tam wystartować. Aczkolwiek znając siebie, gdyby mi ktoś dał motocykl i kazał tam jechać szybko, to bym pewno spróbował. I rozwalił się najdalej po kilku zakrętach, bo ja z jednośladów ogarniam tylko rower i WSK 125, a i to nie najlepiej. No ale mało kto pamięta, że po słynnej trasie ścigano się także samochodami. I nie mówię tu o niedawnych przejazdach organizowanych przez Subaru. Mówię o rozegranych w 1904 roku zawodach Gordon Bennett Car Trials.


Wszystko zaczęło się od... rządowego zakazu. Konkretnie chodzi o wprowadzony w 1903 roku w Wielkiej Brytanii zakaz przekraczania 20 mil/h (32 km/h). Plus zakaz wyścigów samochodowych. James Gordon Bennett Jr., wydawca New York Herald, milioner i miłośnik sportu we wszelkich odmianach miał więc problem. Chciał on zorganizować zawody samochodowe w Anglii, ale w tych warunkach wydawało się to niemożliwe. No ale od czego jest ciesząca się całkiem sporą autonomią Wyspa Man. Lokalne władze mogły sobie zignorować to, co działo się w reszcie Wielkiej Brytanii i po prostu pozwolić na wyścigi na swoim terytorium. A, że do tej pory na wyspie było dość nudno, to stwierdzono, że warto spróbować.

No i spróbowano. I to jak! Udostępniono aż 52,15 mil dróg (niecałe 84 km). A jakby tego było mało, to trzeba było pokonać sześć okrążeń. Mapa trasy (nazwanej Highroads Course) znajduje się poniżej:


Dla porównania, trasa po której dziś jeździ się motocyklami (Snaefell Mountain Course):


Tak, w 1904 roku trasa była dłuższa. I o asfalcie też nikt jeszcze nie słyszał. Rozstawiono na niej punkty kontrolne, przez które należało przejeżdżać powoli. Ale poza nimi można było z dowolną prędkością. Co ciekawe sam wyścig (plus dwie inne konkurencje, o których później) miał być tylko eliminacją do zawodów Gordon Bennett Cup rozgrywanych w Niemczech. Trzy najlepsze auta z Wyspy Man dostawały możliwość wystartowania tam.

W każdym razie 23-go czerwca 1904 rozpoczęła się trwająca do dziś historia ścigania na Wyspie Man. Pogoda tego dnia była podobno wspaniała, wokół trasy zgromadziło się więc sporo widzów. Lista startowa wyglądała następująco: J. W. Stocks (Napier), John Hargreaves (Napier), Clifford Earp (Napier), Campbell Muir (Wolseley), Selwyn F. Edge (Napier), Sidney Girling (Wolseley), Charles Jarrot (Wolseley), M. Edmond (Darracq) oraz Mark Mayhew (Napier).

John Hargreaves i jego Napier
Początkowo dominowali zawodnicy startujący autami Napier, zajmując pięć pierwszych pozycji. Jednak od trzeciego okrążenia, zaczęli się do nich zbliżać startujący Wolseley'ami Girling i Jarrott. Sprzyjalo im też szczęście: Edge i Hargreaves musieli zatrzymać się, by zmienić koła. O ile jeszcze Edge zdołał obronić trzecie miejsce to Hargreaves musiał ustąpić pola kierowcom aut Wolseley. Ze względu na ekstremalną trudność trasy, postanowiono skrócić dystans i zakończono zawody po pięciu okrążeniach. Klasyfikacja na mecie wyglądała więc następująco:

1. Earp (Napier), 7 godzin 32 minuty
2. Stocks (Napier), 7 godzin 45 minut;
3. Edge (Napier), 7 godzin 55 minut
4. Jarrott (Wolseley), 7 godzin 59 minut
5. Girling (Wolseley), 8 godzin

Clifford Earp - zwycięzca wyścigu
Zdjęć z wyścigu praktycznie nie ma, ale zachował się materiał filmowy:


Poza tym rozegrano też próby przyspieszenia w Douglas i krótką próbę górską w Ramsey. Oba miejsca również znajdują się na Wyspie Man. Niestety nie znalazłem wyników tych prób. Wiadomo tylko, ze w wynikach Gordon Bennett Cup 1994 widnieje Sidney Girling (Wolseleyem), Selwyn Edge (Napier) i Charles Jarrott (Wolseley). Czyli to właśnie ci kierowcy najlepiej poradzili sobie podczas wszystkich prób na Wyspie Man i zakwalifikowali na wyjazd do Niemiec. Zapewne zauważyliście, że wśród tej trójki nie ma zwycięzcy wyścigu na Wyspie Man, Clifforda Earpa. No cóż, podczas jednej z późniejszych prób rozbił on swój samochód:


Rok później również odbyły się Gordon Bennett Car Trials na Wyspie Man. Dzień po nich, po raz pierwszy w historii wyspy rozegrano zawody motocyklowe.

Samochody na Wyspie Man ścigały się zaś w różnych formach do 1953 roku. Poza tym, do dziś organizowane są tam rajdy samochodowe.

Zaś kiedy patrzymy na słynne wyścigi motocyklowe, to pamiętajmy - to wszystko zaczęło się od pojazdów wyposażonych w cztery koła!

środa, 8 czerwca 2016

Handlowy hit: 500+ na auto

Ostatnio najpopularniejszą kwotą w Polsce jest 500 złotych. Wypłacane prosto z dziury budżetowej/długu publicznego. Podobno na dzieci. A dzieci wypadałoby czymś wozić. Choćby na zajęcia z ekonomii. Dlatego dziś przegląd najciekawszych ofert aut do 500 złotych.

Swoją drogą kiedyś w takim przeglądzie królowałyby Maluchy i Polonezy. No ale teraz uznawane są za youngtimery i nawet zgnite egzemplarze nie kosztują już 500 zł.

1. VW Passat B3

No tego się nie spodziewałem. Passat za 500. Kombi z dwulitrowym silnikiem benzynowym + LPG. Ma swoje fanaberie przy odpalaniu, ale skoro odpala w ogóle i cena wynosi 500 zł, to trafia na tą listę.



2. VW Golf III

Przez pewien czas Golfów III jeździło po kraju tyle, że można go było prawie uznać za polski samochód narodowy. Potem do głosu doszła rdza i "trójki"  w większości poznikały z ulic.

To co zostało, czasem pojawia się w ogłoszeniach. Np. za 500 zł. Wersja 5-drzwiowa, silnik 1.4. Dojazdówka zamiast jednego koła. I bałagan w papierach. Gdyby nie to, to nie byłaby to zła oferta



3. Fiat Uno II

Golfy III pordzewiały, a Uno II jakimś cudem jeździ jeszcze sporo. Do tego tutaj oferta wydaje się lepsza, niż w przypadku wspomnianego wyżej VW. Choć z drugiej strony to, że nic nie napisano o bałaganie w papierach, nie znaczy, ze go nie ma. W ogóle w opisie za wiele nie ma. No ale za 350 zł nie da się za bardzo być stratnym na zakupie tego auta, bo na złomie cena będzie podobna (jak nie wyższa).


Silnik 1.0, 5-drzwiowe nadwozie, rdzy na zdjęciach za wiele nie widać. Zastanawia tylko kabel biegnący spod maski do wnętrza.


Równie oszczędny w informacje jest opis innego Uno, wystawionego za 490 zł. Silnik też 1.0, ale nadwozie 3-drzwiowe.



W ogóle Uno w cenach do 500 zł jest relatywnie sporo w ogłoszeniach

4. Corsa B

Corsa B z niedziałającym ręcznym i klaksonem. Ale za to jest 1.4 75 KM, które czyni z niej jedno z najmocniejszych aut dzisiejszego zestawienia. No cóż: jaki budżet, takie osiągi. 





5. Escort kombi

Kolejne kombi za 500 zł. Jeśli jakimś cudem ten Escort nie jest przeżarty na wylot, to prezentuje się całkiem ciekawie i jest to obok Passata, chyba najbardziej praktyczny z prezentowanych dziś samochodów. Silnik 1.6 16v.


6. Nissan Sunny

Auto potwornie nudne, ale za to znane z bezawaryjności. No i jest JDM za 500 zł. Właściciel zapewnia, że auto jeździ. Szczerze mówiąc z wszystkich zaprezentowanych dziś aut, to jest mój faworyt. Silnik 1.6 z LPG. Podobno wnętrze w dobrym stanie.


7. Bonus - Golf II po którego strach jechać

No to jest pewna osobliwość. Zdjęcia na których dość mało widać (wygląda to bardziej na ofertę sprzedaży felg, niż samochodu) plus dość nietypowy opis. I tabelka z danymi od innego auta. To chyba jedyne ogłoszenie jakie widzialem, w którym sprzedający namawia do ostrożności w kontaktach z nim. Po czym jednak zachęca i pozdrawia. 


Podsumowanie

Jak widać, mimo cen złomu sprawiających, że sprzedawanie auta za 500 złotych nie jest zbyt opłacalne, nadal można trafić na oferty w tym przedziale cenowym. I to dość zróżnicowane - od aut segmentu B, poprzez kompaktowe, aż po sedany klasy średniej. Oczywiście każde z tych aut będzie zapewne wymagać inwestycji, jeśli ma dalej jeździć. Tak z 500 zł miesięcznie.

środa, 1 czerwca 2016

Białostocki Rajd Moto Retro

W ostatni weekend odbył się w Białymstoku i okolicach Rajd Moto Retro. Mimo dość dużej ilości zajęć ostatnio, udało mi się dotrzeć na prezentację pojazdów biorących udział w wydarzeniu. Została ona zorganizowana pod Pałacem Branickich. Oto co tam zastałem:

Ciekawie było już na parkingu przed imprezą, gdzie zastałem dwa brytyjskie roadstery - Triumpha i MG.

Aparat w LG jak zwykle okazał się beznadziejny
 

Wchodząc zaś na teren prezentacji pojazdów, natknąłem się jeszcze na pięknego Mustanga:


Zawsze podobały mi się deski rozdzielcze w nieco starszych japońskich motocyklach turystycznych:


No ale cofnijmy się do czasów dawniejszych - Rolls Royce i Citroen:


Czarne tablice na Fiacie:


Imprezę ochraniała żandarmeria w Renault:


Zaś obok auta znad Sekwany, była Wołga:


Coś dla miłośników marek już nie istniejących:


Obok Mercedes. Mercedesów jest zazwyczaj na tych imprezach tyle, że nawet nie chce mi się im robić zdjęć. Tym bardziej po ostatniej wystawie.

Corsa A Irmscher cabrio:

 
Coś w sobie to ma - takie niby brzydkie, a jednak fajnie się na to patrzy. Choć może to dlatego, że moja niechęć do Opli skończyła się wraz z zakupem Astry GSi.

Tuż obok był zaś obowiązkowy na każdym zlocie zabytków samochód:


Atak beżu - z zewnątrz jak i wewnątrz:


Mercedes S123 - osobiście wolałbym go od wersji coupe:


A obok niego stał najlepszy zestaw całej imprezy. Chevrolet Bel Air...


...z Fordem T na lawecie:


I znów MG:


Jaguar jeszcze angielski:


A skoro już przy autach brytyjskich jesteśmy - ten pojazd oblegały tłumy:


Choć obok stało coś duuużo ciekawszego - 205 GTi


A kontrastował z nim rozmiarami Cadillac:


Taki ciekawy detal:


Fiat z czasów kiedy włoska marka była na szczycie:


A obok Oldsmobile 88, z czasów kiedy amerykańska marka istniała:


I jeszcze jeden Fiat:


Po czym następuje powrót do motoryzacji z USA


Piękny Lincoln Continental w ekstremalnie paskudnym kolorze:


126p z zabytkową przyczepą:



I po prostu 126p:


Kącik Volvo:


Mercedesy:


Zaś obok Mercedesów, niemieckie auto z drugiej strony Muru Berlińskiego:


A skoro przy klasykach z Europy Wschodniej jesteśmy, to musi być i Skoda:


Klasyki wojskowe też były:


A także Ford Consul w oryginalnym kolorze:



Niestety, auto z Japonii było tylko jedno:


Po prezentacji, auta kolumną opuściły tereny przy Pałacu Branickich. Była więc ostatnia okazja zrobić brakujące zdjęcia:


Niestety, widoczny na początku wpisu Mustang miał problem z uruchomieniem silnika. Drobne kłopoty miał także Triumph, ale jednak odjechał pięknie hałasując. Mimo to udało mi się zrobić zdjęcie silnika. Cóż za piękny dostęp do absolutnie wszystkiego!


Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL