niedziela, 25 czerwca 2017

Handlowy Hit: Malezyjskie opony

Dziś trochę nietypowo. Bo zamiast historii jakiegoś samochodu będzie historia pewnego nieudanego zakupu opon. Działo się to jakiś czas temu, ale ostatnio sobie o tym przypomniałem i stwierdziłem, że temat pasuje do bloga o motoryzacyjnych absurdach.
 
Rzecz działa się niedługo po sprzedaży mojego BMW i przesiadce na Opla Astrę. Kolega, który ode mnie kupił "bawarską zarazę" (jak do dziś nazywam ten pojazd) zadzwonił do mnie i powiedział, ze jego sąsiad, co handluje BMW i częściami do nich to ma jakieś super fajne opony na sprzedaż. Zapytałem więc jakie. Odpowiedź padła, że Yokohamy A038. Tu było pierwsze zdziwienie, bo na stronie producenta takiego nie znalazłem. Zaczęliśmy więc szukać. Najświeższe ogłoszenie sprzedaży takich opon (używanych) było z 2001 roku. Czyli mamy do czynienia z ponad 15-letnią (wtedy) gumą - śmietnikiem nadającym się co najwyżej do treningu poślizgów, bo nie szkoda tego zajeździć. Powiedziałem koledze, żeby kazał sprzedającemu się wypchać z taką ofertą. No ale tu sprawa robi się baśniowa.



Kolega dostał bowiem baśń o tym, jak te opony są nadal produkowane na rynki dalekowschodnie. Jako że ja jestem ostrożny to stwierdziłem. że zanim zarzucę typowi kłamstwo, to zweryfikuję. Wszedłem na japońską wersję Yokohamy. Nie bez trudu dogrzebałem się do katalogu na Azję. No i były te opony. Chyba na Malezję czy coś takiego... Dobra, skąd malezyjskie opony w Białymstoku? Handlarz nie wie, one były na aucie co je kupił z Niemiec. Skąd malezyjskie opony w Niemczech to już nie śmiałem pytać. OK, malezyjskie nie malezyjskie, nakazałem koledze dowiedzieć się, jaki w końcu jest ich rok produkcji.
 
Przez parę dni była cisza ze strony handlarza, co jest nieco dziwne, bo rok produkcji (DOT) jest napisany na każdej oponie (poza wyczynowymi slickami, ale to inna sprawa) - nie trzeba sokolich oczu i tajemnej wiedzy, by go odczytać. Niemniej jednak, po tych paru dniach sprzedający oznajmił, że rok produkcji to 2013. Cena: 800 zł z felgami stalowymi. Bieżnik 4,5 mm.... No okazja życia. A bardziej to "rzycia" (po staropolsku "rzyć" = dupa), no ale nie uprzedzajmy faktów. 

Kolega umówił się na obejrzenie tych opon - ja miałem mu towarzyszyć jako ekspert. Za znawcę opon się nie uważam, ale lepszy taki ekspert niż żaden. Pojechałem więc do kolegi. Sprzedający jest jego sąsiadem z bloku i powiedział że opony leżą w parkingu podziemnym, przy jego aucie i on zaraz do nas zejdzie. Pobiegliśmy więc obejrzeć te opony zanim zejdzie. Pierwsza rzecz - sprawdzamy DOT, czyli rok produkcji. 

No i jak to mówią, rzeczywistość przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Bo rok produkcji był pracowicie powycinany na każdej oponie. Każda cyfra wydziobana równiutko jakimś nożykiem czy coś w tym stylu. Może wypalony, ciężko stwierdzić. Do dziś żałuje, ze nie zrobiłem wtedy zdjęcia, ale przyznam, że bylem nieco wstrząśnięty i zmieszany. No to by nieco wyjaśniało kilkudniowe milczenie sprzedającego w sprawie roku produkcji. 

Do tego jako podejrzliwy nieufny drań wziąłem suwmiarkę i zmierzyłem bieżnik. 4,5 mm to na żadnej nie było. Chyba. Bo były tak nierówno zdarte, że zależnie od tego gdzie się mierzyło na jednej oponie był rozstrzał od 2,9mm do 3,5 mm. No i w tym momencie przychodzi sprzedający. My do niego z pełną kulturą ponawiamy pytanie, który to rocznik. On, że 2013. A gdzie to widać?

Minę miał fajną w tym momencie, trzeba przyznać. Ale jako profesjonalny handlarz nie dał jej się długo utrzymać na twarzy, Zaczął gadać, ze na jednej z tych opon widać. Poprosiłem więc, by pokazał na której. Zaczął oglądać te swoje opony powtarzając, że on przecież na nich jeździł i było wszystko ok. Szuka tego DOTu, a ja mu z pełnym życzliwości uśmiechem chciałem poświecić latarką w komórce. Co się dowiedziałem? "Ty nie świeć, bo jak świecisz to nie widać"....Posłusznie zgasiłem i zaproponowałem zgaszenie też światła w tym parkingu podziemnym. Odpowiedzi nie było to dałem sobie spokój, bo nie wiedziałem gdzie jest włącznik. 

Po dość nieudanych poszukiwaniach ("Tu na jednej było widać, ale coś znaleźć nie mogę"), handlarz nieco spuścił z tonu i zaczął wypytywać o to moje byłe BMW. To się dowiedzieliśmy, że on by w ogóle inne zawieszenie założył, ze to na którym ja objeżdżałem jak chciałem kierowców lżejszych i mocniejszych aut, to jest do bani. A Astra to zły wybór, bo BMW było lepsze tak w ogóle. Czego historia moich startów nie potwierdza (o czym kiedyś było), ale co ja się znam... Transakcja do skutku nie doszła. Kolega był zadowolony, że nie dal sobie tych opon wcisnąć, a ja dostałem ciekawą historyjkę na bloga.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Facebook

AUTOBEZSENSOWY MAIL